Niedziela zaczęła się od pobudki ok. 9 rano i błogiego nic
nie robienia do 12, poza pójściem do kuchni i potwierdzeniem się w moich
przypuszczeniach, że nie mamy w mieszkaniu czajnika. Wodę wiec gotowałam w
garnku. Po pierwszych problemach z odpaleniem palnika, odrzuciłam plan B –
czyli grzanie wody w mikrofalówce. Całe szczęście.
Teraz czas na prysznic i lekkie śniadanko. Potem w planach miasto, a dokładniej jedzenie na
mieście, czyli zapewne pizza i lody. No i kościół o 6.30. Msza w j. włoskim.
Wczoraj też obczajałam program Umbria Jazz Festival, z
którego słynie Perugia. Myślę, ze w najbliższy weekend wybiorę się na jakiś
koncert. Ceny nie są zaporowe, za miejsca zapewne stojące. 5 lipca jest Diana
Krall za 18€, a dzień później polsko brzmiący Jan Garbarek Group za 15€. Nie
wiem tylko, czy zwycięży we mnie patriotyczny sentyment, ekonomiczny rachunek,
czy kwestia rozpoznawalności artysty w ostatecznym wyborze tego, na który
koncert się udam.
Update:
Ok. 14.30 wybrałam się na miasto. Dokonałam wcześniej wyboru
miejsca, w którym chciałam zjeść pizzę i wypić kieliszek wina. Z burczącym
brzuchem przemierzałam góry i doliny, by dotrzeć do miejsca zwanego Pizza
Mediterranea. Oczywiście zgubiłam się troszeczkę, ale ku mojemu zdziwieniu
tylko troszeczkę tym razem.
Zerknęłam na menu, ale zanim zdołałam zebrać myśli by
przywitać się z kelnerem, ten powiedział mi, że lokal jest zamknięty. I
faktycznie, restauracja otwarta jest wyłącznie między 12.30 a 14.30, kiedy to
serwuje się obiad i mniej więcej od 19.30 do 23.
W nie najlepszym humorze, powiem szczerze mocno zawiedziona,
udałam się w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia. I tak trafiłam na pewien
lokal sprzedający pizzę na kawałki i inne tego typu przegryzki. Wzięłam sobie
coś co z nazwy było calzone z szynką. Pani zapytała się mnie czy chcę, aby
podgrzać to w piecu i czy jem na miejscu czy na wynos. Kolejny sukces w
nierównej walce ja kontra język włoski.
Dziarskim krokiem ruszyłam na dalsze zwiedzanie miasta.
Niedługo jednak później poczułam już pierwsze zmęczenie. Energii nieco dodały mi moje pierwsze włoskie
lody, czyli gelato. Wybrałam sobie dwie gałki, które ciężko nazwać gałkami, ponieważ
pan w lodziarni nakładał je na wafelek szpatułką przypominającą narzędzie
którym posługują się murarze czy tynkarze.
Kilka razy dzisiaj, a w zasadzie to chyba dwa, usłyszałam
chłopaków gwizdających lub wydających z siebie co najmniej dziwne odgłosy na
mój widok. Muszę sobie wypracować jakąś strategię jak na to reagować lub w jaki
sposób na to nie reagować.
Znalazłam tez kolejny supermarket, który o dziwo był otwarty
w niedzielę. Nie sprawdziłam, czy jest on otwarty w każdą niedzielę, czy może
tylko jedną w miesiącu, tak jak to ma z reguły miejsce w Holandii. Nie mniej
jednak, zakupy muszę robić od poniedziałku do soboty i nie mogę polegać na
niedzielach. Tak na wszelki wypadek.
Z ciekawostek, miałam dzisiaj problem z suszarką. Włoskie
gniazdka są oczywiście inne niż te w Polsce. O ile z podłączeniem komputera nie
miałam problemu, to z suszarką nie było już tak łatwo, ponieważ kołeczki które
wkłada się do kontaktu są nieco grubsze niż te od komputera. Na szczęście w
drugim gniazdku otwory były już większe i po chwilowym załamaniu, kamień spadł
mi z serca.
Zwiedziłam dzisiaj też kościół, w którym zamierzałam
uczestniczyć we Mszy, ale okazało się że zaczyna się ona 30 minut później niż
myślałam, a że byłam już zmęczona wolałam wrócić do domu na godzinę odpocząć
trochę. Zabrałam ze sobą jedynie ulotkę „la Domenica’ w której jest tekst
dzisiejszych czytań, tekst „Wierzę w jednego Boga” i fragmenty obrządku
mszalnego.
Po krótkim odpoczynku wybrałam się do innego co prawda
kościoła. Oczywiście spóźniłam się chwilę, bo zabłądziłam. Kościół jest piękny,
ale na mszy było może ze 30 osób. Ulotka „La Domenica” była bardzo pomocna, ale
na szczęście i w tym kościele też je mieli.
Powoli zbieram się do spania. Już 22.00. Jutro pierwszy dzień
w pracy. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe obowiązki.
A na górze znowu głośno.
Jakaś familia drze między sobą koty. Jutro postaram się odświeżyć posty i wrzucić zdjęcia.
Dzisiaj tylko szkoda, że nie pomodliłam się w kościele o to, żeby jutro moi współpracownicy mówili po angielsku.