niedziela, 30 czerwca 2013

Day 3 - 30 czerwca

Niedziela zaczęła się od pobudki ok. 9 rano i błogiego nic nie robienia do 12, poza pójściem do kuchni i potwierdzeniem się w moich przypuszczeniach, że nie mamy w mieszkaniu czajnika. Wodę wiec gotowałam w garnku. Po pierwszych problemach z odpaleniem palnika, odrzuciłam plan B – czyli grzanie wody w mikrofalówce. Całe szczęście.

Teraz czas na prysznic i lekkie śniadanko.  Potem w  planach miasto, a dokładniej jedzenie na mieście, czyli zapewne pizza i lody. No i kościół o 6.30. Msza w j. włoskim.

Wczoraj też obczajałam program Umbria Jazz Festival, z którego słynie Perugia. Myślę, ze w najbliższy weekend wybiorę się na jakiś koncert. Ceny nie są zaporowe, za miejsca zapewne stojące. 5 lipca jest Diana Krall za 18€, a dzień później polsko brzmiący Jan Garbarek Group za 15€. Nie wiem tylko, czy zwycięży we mnie patriotyczny sentyment, ekonomiczny rachunek, czy kwestia rozpoznawalności artysty w ostatecznym wyborze tego, na który koncert się udam.

Update:
Ok. 14.30 wybrałam się na miasto. Dokonałam wcześniej wyboru miejsca, w którym chciałam zjeść pizzę i wypić kieliszek wina. Z burczącym brzuchem przemierzałam góry i doliny, by dotrzeć do miejsca zwanego Pizza Mediterranea. Oczywiście zgubiłam się troszeczkę, ale ku mojemu zdziwieniu tylko troszeczkę tym razem.
Zerknęłam na menu, ale zanim zdołałam zebrać myśli by przywitać się z kelnerem, ten powiedział mi, że lokal jest zamknięty. I faktycznie, restauracja otwarta jest wyłącznie między 12.30 a 14.30, kiedy to serwuje się obiad i mniej więcej od 19.30 do 23.

W nie najlepszym humorze, powiem szczerze mocno zawiedziona, udałam się w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia. I tak trafiłam na pewien lokal sprzedający pizzę na kawałki i inne tego typu przegryzki. Wzięłam sobie coś co z nazwy było calzone z szynką. Pani zapytała się mnie czy chcę, aby podgrzać to w piecu i czy jem na miejscu czy na wynos. Kolejny sukces w nierównej walce ja kontra język włoski.



Dziarskim krokiem ruszyłam na dalsze zwiedzanie miasta. Niedługo jednak później poczułam już pierwsze zmęczenie.  Energii nieco dodały mi moje pierwsze włoskie lody, czyli gelato. Wybrałam sobie dwie gałki, które ciężko nazwać gałkami, ponieważ pan w lodziarni nakładał je na wafelek szpatułką przypominającą narzędzie którym posługują się murarze czy tynkarze.
Kilka razy dzisiaj, a w zasadzie to chyba dwa, usłyszałam chłopaków gwizdających lub wydających z siebie co najmniej dziwne odgłosy na mój widok. Muszę sobie wypracować jakąś strategię jak na to reagować lub w jaki sposób na to nie reagować.

Znalazłam tez kolejny supermarket, który o dziwo był otwarty w niedzielę. Nie sprawdziłam, czy jest on otwarty w każdą niedzielę, czy może tylko jedną w miesiącu, tak jak to ma z reguły miejsce w Holandii. Nie mniej jednak, zakupy muszę robić od poniedziałku do soboty i nie mogę polegać na niedzielach. Tak na wszelki wypadek.

Z ciekawostek, miałam dzisiaj problem z suszarką. Włoskie gniazdka są oczywiście inne niż te w Polsce. O ile z podłączeniem komputera nie miałam problemu, to z suszarką nie było już tak łatwo, ponieważ kołeczki które wkłada się do kontaktu są nieco grubsze niż te od komputera. Na szczęście w drugim gniazdku otwory były już większe i po chwilowym załamaniu, kamień spadł mi z serca.

Zwiedziłam dzisiaj też kościół, w którym zamierzałam uczestniczyć we Mszy, ale okazało się że zaczyna się ona 30 minut później niż myślałam, a że byłam już zmęczona wolałam wrócić do domu na godzinę odpocząć trochę. Zabrałam ze sobą jedynie ulotkę „la Domenica’ w której jest tekst dzisiejszych czytań, tekst „Wierzę w jednego Boga” i fragmenty obrządku mszalnego.

Po krótkim odpoczynku wybrałam się do innego co prawda kościoła. Oczywiście spóźniłam się chwilę, bo zabłądziłam. Kościół jest piękny, ale na mszy było może ze 30 osób. Ulotka „La Domenica” była bardzo pomocna, ale na szczęście i w tym kościele też je mieli.

Powoli zbieram się do spania. Już 22.00. Jutro pierwszy dzień w pracy. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe obowiązki.

A na górze znowu głośno. Jakaś familia drze między sobą koty. Jutro postaram się odświeżyć posty i wrzucić zdjęcia.


Dzisiaj tylko szkoda, że nie pomodliłam się w kościele o to, żeby jutro moi współpracownicy mówili po angielsku. 

Day 2 - 29 czerwca

Relację dnia wczorajszego piszę z jednodniowym opóźnieniem, ponieważ dziś już nastał kolejny dzień.
Jak więc minęła mi sobota? Leniwie.

Obudziłam się ok. 8 rano, poszperałam trochę więcej info o Perugii i w planach miałam udanie się na zakupy w celu upolowania pożywienia i ambrozji, czyli wina. Do serca wzięłam sobie szczególnie wzmianki o tym, jak to we Włoszech wszystkie sklepy są pozamykane w niedzielę.

Oczywiście grzebałam się niemiłosiernie, co w efekcie doprowadziło do tego, że chciałam wyjść z domu ok. 12.30. Krótka rozmowa z moją współlokatorką, dotycząca kwestii mieszkania typu papier toaletowy (nowe słówko: la carta igienica), proszek do prania (il detersivo), sztućców (le posate) i tym podobnych rzeczy dotyczących współdzielenia mieszkania. W efekcie otrzymałam zaproszenie na pastę, czyli mój pierwszy makaron we Włoszech.

Marielle, mam nadzieję, że dobrze piszę jej imię, zaprosiła swoje dwie koleżanki. W sumie do stołu zasiadło nas 5 dziewczyn, ja dwie współlokatorki (druga to Giulia, trzecia –Roberta, wraca za kilka dni) oraz dwie znajome.
Dziewczyny były bardzo miłe i przyjazne, trochę udało nam się porozmawiać przy moim ubogim włoskim. Okazało się, ze brat jednej z nich był na Erasmusie w Krakowie, a ona sama go odwiedziła i mówiła, że oboje byli zachwyceni. Oczywiście mówili jak to w Polsce tanio itp. Kolejny dowód na to, że świat jest jedną globalną wioską, w którym człowieka mieszkającego kilka tysięcy kilometrów od ciebie, de facto, możesz uważać za swojego sąsiada.
Sam obiad; na początek pasta – czyli makaron penne z sosem beszamelowym, odrobina startej marchewki i mięso mielone. Całkiem dobre połączenie. Dostała mi się największa porcja więc ostatkiem sil męczyłam pozostałe na moim talerzu rurki. Potem nadszedł czas na słynne il dolce – czyli coś małego i słodkiego na deser. W tym przypadku było to ciasto jogurtowe bez pieczenia wykonane przez Marielle. Wisienką na torcie była jednak mała aromatyczna kawa podana na koniec posiłku.

Tak więc wyglądał mój pierwszy włoski obiad. Dziewczyny zacięcie ze sobą rozmawiały na różne tematy, dotyczące egzaminów (one męczą się teraz z sesją), po tematykę omawiania wesela kuzynki, na którym był m.in. czteropiętrowy tort, który o mały włos a wylądowałby na ziemi. Tempo w jakim padały kolejne słowa było porównywalne z wystrzałami z kałasznikowa. Starałam się zrozumieć jak najwięcej, ale oceniam to na jakieś 15%. Jest więc nad czym pracować przez najbliższe miesiące, bo nic nie motywuje bardzie do nauki niż fakt, że nikt cię nie zrozumie po angielsku. W sumie mogłam spróbować po polsku, ale tutaj powodzenie komunikacji oceniam cytując słowa pewnej piosenki, czyli na „mniej niż zero”.

Po obiedzie wyszłam, w zasadzie wyturlałam się po raz pierwszy z mieszkania. Na początku oczywiście z wydrukowaną jeszcze w Polsce mapką ruszyłam w  stronę uniwersytetu, zobaczyć moje przyszłe miejsce pracy. Oczywiście już na samym początku zgubiłam się. W miarę szybko jednak ogarnęłam kierunki i misja zakończyła się sukcesem. To co uderzyło mnie już na początku, to fakt prawie absolutnego braku chodników. Nie ma się co dziwić, ulice z reguły są tak wąskie, ze nawet małe smarty mają problem, żeby kręcić zakręty. Respekt dla kierowców autobusów.

Poza tym, wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby tabliczki z nazwami ulic były na każdym skrzyżowaniu, a nie jedynie na początku i na końcu ulicy, co i tak nie zawsze się zdarza. Ale koniec końców, ogarnęłam i z tego się cieszę.

Później już intuicyjnie trafiłam do centrum. WOW! Naprawdę piękne. To miasto jest magicznym labiryntem położonym na wzgórzu, pełno jest małych wąskich uliczek, schodów pomiędzy jednym „pietrem „ zabudowań a drugim. Magiczne po prostu. Po drodze spotkałam kilkoro turystów więc to potwierdza jego niewątpliwe walory.

W efekcie wylądowałam w punkcie informacji turystycznej, aby zaopatrzyć się w profesjonalną mapę miasta. Wydatek 50 centów myślę, że był jednym z rozsądniejszych wydatków. Chciałam też nabyć miesięcznik „VIVA PERUGIA”, w którym opisane jest wszystko co dziać się będzie w mieście w bieżącym miesiącu. Pan jednak, z którym prowadziłam konwersację, PO WŁOSKU !!!, doradził mi, że nie ma sensu wydawanie 1 € na magazyn, który i tak jest już w zasadzie nieważny, bo jest koniec miesiąca. Przyznałam mu rację, a w efekcie dostałam za darmo jego egzemplarz do użytku własnego na potrzeby doradzania turystom. Chciałam też kupić przewodnik po Perugii, ale powiedziałam, ze preferuję wersję angielskojęzyczną. Na to on odparł, że powinnam sobie kupić oczywiście po włosku skoro sobie dobrze radzę z językiem. Przewodnika jednak nie kupiłam, bo nie wydał mi się wart 2,5€, ale obiecałam wrócić za jakiś czas, zanim wyjadę we wrześniu, po wersję włoskojęzyczną.
Potem, w drodze do domu, wdepłam do pobliskiego supermarketu Coop. Wybór produktów nie był zbyt duży, ale wiadomo, pierwsze zakupy w obcym kraju to zawsze duże przeżycie i ciekawe rzeczy praktyczne, które można zaobserwować, dotyczące prozy życia. Tak więc kupiłam kilka podstawowych rzeczy do jedzenia jak jogurty, bagietka, oliwki, mozarella, mieszankę rukoli i szpinaku, pomidory, owoce, gotowe produkty obiadowe – zupa warzywna w kartonie i opakowanie tortellini i trochę innych drobiazgów.

Obejrzałam w domu końcówkę meczu Agi Radwańskiej, chwilę odpoczęłam, porozmawiałam ze znajomymi przez internet i ok. 20.30 ruszyłam jeszcze raz, zobaczyć miasto wieczorem.
Spacerek był krótki, bo zaledwie godzinny, ale fajnie było usiąść w centrum, na słynnych schodach przy katedrze i zobaczyć ludzi pijących piwa i drinki zakupione w pobliskich lokalach. Nie chciało mi się wierzyć, jak koleżanka mówiła mi o tym, że w Italii można pić w miejscach publicznych. W Perugii picie alkoholu w centrum na schodach katedry to absolutny MUST.

Nie wiem czy miasto jest niebezpieczne czy nie, ale wolałam nie zapuszczać się w słabo oświetlone uliczki wiodące do nie wiadomo dokąd, i trzymałam się raczej głównych ulic. Jest trochę podejrzanych osobników w mieście, trochę pijaczków i trochę imigrantów z krajów arabskich, zgromadzonych w bliskiej odległości punktów serwujących kebaby i inne orientalne pyszności. Na razie podchodzę z dużą ostrożnością do eksploracji miasta porą wieczorową.


Kładąc się spać, miałam okazję posłuchać sąsiadów kłócących się piętro wyżej. Prawdziwa włoska rodzina. 
Tak oto zakończył się mój pierwszy pełny dzień w Perugii.

Day 1 - 28 CZERWCA

Godzina 17.20
Dzień wyjazdu zaczął się dla mnie na całe szczęście od przespanej nocy, w odróżnieniu od nocy  poprzedniej. Wczorajszy dzień był dla mnie straszną nerwówką, ale jak zawsze, tak i przed tym wyjazdem starałam się zachować poker face i trzymać moje emocje wewnątrz. Udało mi się to całkiem nieźle.
Obecnie jest godzina 17.11. Zaledwie 10 godzin temu podniosłam głowę od poduszki w moim domu, w moim skrzypiącym strrym rozkładanym łóżku, aby teraz, zaledwie po kilku godzinach siedzieć wygodnie w autobusie zmierzającym z lotniska Rzym-Fiumicino do Perugii.

W ciągu niespełna dwóch  lat jest to już mój trzeci dłuższy wyjazd zagraniczny. Nie znaczy to wcale, że tym razem wiedziałam dokładnie co ze sobą zabrać, jak się spakować, czego się spodziewać. Każdy z krajów jest bowiem inny, tak więc i przygotowanie musi być inne.  Jedynie w zwijaniu ubrań w rulony, które potem ciasno układam w walizce, nie mam sobie równych. (według moje koleżanki Agnieszki jest to wypróbowany sposób, w jaki pakują swoje walizki stewardessy).

Oczywiście wczorajsze popołudnie spędziłam na kalibrowaniu ciężaru moich walizek, wymyślaniu potencjalnych wymówek, dlaczego moje walizki – zarówno duża jak i ta, która stanowi mój bagaż podręczny, są za ciężkie. Pierwszy zabieg udał się doskonale, w związku z czym druga część była dziś już zbyteczna przy robieniu baggage drop off na lotnisku.

O ósmej rano wyruszyłam z rodzicami najpierw do Radomska, gdzie nastąpiła zmiana w składzie personalnym mojego komitetu pożegnalnego, gdyż mamę zastąpił mój starszy brat. Po mniej więcej trzech godzinach od wyjazdu z domu dotarliśmy – ja, tata i mój brat, na lotnisko w Balicach.
Lotnisko krakowskie lubię głównie dlatego, że jest małe i skompresowane. Odprawa bagażu wraz z security check nie zajmuje mi nigdy więcej niż 20-30 minut. Pozytywnym zaskoczeniem było tym razem to, że na lotnisku jest nielimitowany bezpłatny internet – rzecz, z którą nie spotkałam się do tej pory na żadnym innym porcie lotniczym w Europie i Stanach Zjednoczonych. Kraków rules, wiadomo J

Lot do Rzymu był szybki i całkiem przyjemny. Przy takiej ilości podróżujących ze mną księży, wiedziałam że opaczność czuwa i włos mi z głowy nie spadnie w czasie lotu J Niemiłą niespodzianką było to, że za wzięcie wózka, na którym można położyć sobie walizkę trzeba było zapłacić dwa euro. Zazwyczaj wózków jest pełno na lotniskach i są za darmo. Spasowałam więc tym razem. Poza tym nie miałam drobnych, a nie wiem czy maszyna przyjmowała karty. Za dużo zachodu, na tym Zachodzie.

Pierwsze słowa po włosku wypowiedziałam do witającej mnie na pokładzie Alitalii lot nr 489 załogi. Pierwszy prawdziwy trening miał miejsce po odebraniu walizek, kiedy gorączkowo szukałam przystanku autobusów dalekobieżnych, z którego miałam wziąć autobus do Perugii. Zapytałam najpierw kogoś z obsługi lotniska, po czym panią w okienku informacji, a na końcu kilkoro podróżnych na dworcu.  Satysfakcja z tego, ze udało mi się dogadać +1 000 do zajebistości. Ujawniła się jednak w 100% moja skłonność do całkowitego kontrolowania sytuacji, szczególnie kiedy jestem w nowym miejscu, stąd pytanie kilkorga ludzi o to samo, tylko po to by zrobić doubble-check i mieć zupełną pewność, że stoję w dobrym miejscu. Mam nadzieję, że trzy miesiące we Włoszech pozwolą mi nieco powalczyć z byciem takim "control freak" i wrzucić czasem na luz, szczególnie wtedy kiedy jest to wskazane, bo inaczej stres mnie zje w najbliższej przyszłości i co najgorsze, jeszcze schudnę (co moim zdaniem po 5 miesiącach spędzonych w Stanach jest  obecnie wskazane) lub w najgorszym wypadku wpadnę w alkoholizm jako naturalną konsekwencję budowania bariery ochronną dla organizmu.

Kierowca autobusu, w którym obecnie się znajduję z wyglądu jest typowym Włochem według standardów Środkowo-Europejskich. Już przybliżam wygląd jegomościa:  wzrost ok. 170 cm, łysiutki, śniada cera, przystojny, kolczyk „ala diament” w uchu i wspaniały akcent.

Jedno z pierwszych nowych słów po włosku, których się dziś nauczyłam to il contante, czyli gotówka, po tym jak kierowca odmówił przyjęcia mojej karty przy płaceniu za bilet.

Skontaktowałam się już z właścicielką mojego perugiańskiego mieszkania, w którym będę miała swoją własną dziuplę. Poinformowałam ją o tym, iż nadciągam, i że może się mnie spodziewać ok. 20.45. Kobieta jest całkiem sympatyczna i ma odebrać mnie z przystanku i zawieść do mieszkania. Mam nadzieję, że jej intencje są szczere, a ja nie trafię do burdelu.

Tymczasem rozkoszuję się włoskim słońcem, widokiem palem za oknem  i odtwarzam w pamięci widoki lazurowego morza, które widziałam z okna samolotu.  Autobus do Perugii jedzie przez Rzym, więc najlepsze podejrzewam, że zaraz się zacznie.

Update: 
właśnie widziałam auto z tabliczką „KRZYSIEK” za szybą. Jak się spodziewałam, nasi są wszędzie i nie trzeba było długo czekać, aby dostrzec pierwsze oznaki polskich kolonizatorów.

A więc Rzym. Przejeżdżałam już obok kilku starych budynków, zapewne liczących sobie kilka setek jak nie tysięcy lat. Jeden przypominał piętrowy akwedukt, z łukowatymi sklepieniami. Jak do tej pory to co mnie uderza na ulicach, to zamiłowanie do małych samochodzików typu fiat 500, smart itp. oraz ilość osób na skuterach i  motorach, które zachowują się zupełnie jak polscy rowerzyści – tu pojadą trochę po przejściu dla pieszych, tu na czerwonym świetle zaczną wyprzedzać auta lawirując między nimi. Ma to swój urok. Nie powiem,  że nie. Szczególnie eleganccy panowie w garniakach śmigający na skuterkach oraz panieneczki w szpileczkach i spieszący się gdziekolwiek tam sobie jadą, bo po chmurach oceniam, ze szanse na deszcz w najbliższym czasie są dość spore.

Jak do tej pory, zaskoczyła mnie dość spora liczba ludzi stojących na skrzyżowaniach, na każdym mniej więcej po jednym ze szczotką-myjką gotowych umyć stojącemu na czerwonym świetle kierowcy przednią szybę. Nie widziałam, żeby mieli gdzieś informację o cenie usługi, więc zapewne co łaska. Po wyglądzie owych osobników, podejrzewam ich o afrykańskie pochodzenie – zapewne imigranci. Ciekawe czy walczą miedzy sobą o strefy wpływów, tzn. czy są lesze lub gorsze skrzyżowania z punktu widzenia prowadzonej przez nich działalności zarobkowej, zapewne nierejestrowanej na potrzeby tutejszego fiskusa. Na razie na głowę bije ich mężczyzna, który w czasie czerwonego światła wparował na środek ulicy i zaczął żonglować pałeczkami i piłką.  Jak widać o mieszkańcach tego miasta można mówić w samych superlatywach – przedsiębiorczy i pomysłowi. Zupełnie jak ja.

Serce rośnie jak się widzi, tak jak ja obecnie, stare tramwaje, pełne ludzi, z pootwieranymi szybami – a więc nie tylko w krakowskiej komunikacji miejskiej notorycznie nie działa klimatyzacja. Ciekawe tylko czy  śmierdzi J Generalnie ruch idzie dość powoli, godziny popołudniowe – aktualnie 18.


20 minut postoju na stacji Roma Tiburtina. Toaleta na lotnisku była w opłakanym stanie, ciekawe jak będzie wyglądać na stacji.
Haha nie wierzę. Powracają wspomnienia z zeszłorocznych wojaży po Bałkanach. Toaleta na głównym dworcu autobusowym w Rzymie, jak się domyślam, to… dziura w ziemi. Nie ma sedesu. Co kraj to obyczaj. Tutaj zapewne chodzi o to, iż łatwiej utrzymać czystość, bo wystarczy przejechać mopem powierzchnię płaską, i to wszystko.

Oczywiście jak zwykle zabłysnęłam również i tym razem. Nie wiedziałam jak uruchomić wodę w zlewie. Szukałam fotokomórki, kurka, czegokolwiek. Po czym babeczki stojące za mną w kolejce do mycia rąk mówią:" C’e’ il pedale!". No fakt, pod zlewem w ziemi był pedał, który należało nacisnąć.

Autokar wypełnił się już całkiem nieźle. Chyba nie ma wolnych miejsc. Marzenie o rozwaleniu się na dwóch siedzeniach przez resztę drogi legło w gruzach.
Miasto jest zaśmiecone, jest trochę bezdomnych, a parkingi pełne skuterów wyglądają niczym copy-paste z Holandii, z tą różnicą, że tam pełne są one rowerów.

Zauważam, ze okna są albo wyposażone w żaluzje albo okiennice.

W dalszej części mojej podróży mogłam zobaczyć słonce pomieszane z deszczem, a potem piękną tęczę.


Moją uwagę przykuło to, że przed wjazdem na autostradę był znak NO AUTOSTOP. 

Podsumowanie dnia pierwszego: świat to jedna globalna wioska. Rano budzisz się w swoim własnym łóżku, by zasypiać tysiące kilometrów dalej.