środa, 31 lipca 2013

Day 34 - 31 lipca

Dzisiaj miałam chyba najlepszy dzień odkąd przyjechałam do Italii. Veramente.

Najpierw rano prysznic, ogarniecie mieszkania na przyjazd mojej nowej współlokatorki, ogarniecie pokoju.
Potem wybrałam się nieco spóźniona na lekcję z języka ekonomiczno-prawnego. Nie zrobiliśmy prawie nic, ale mam przynajmniej fajne kserówki J

Po lekcji wybrała się do biura Erasmusa, aby odebrać od Mili listę obecności z nazwiskami osób z mojej grupy na jutrzejszą wycieczkę. Porozmawiałyśmy chwilę, pożartowałyśmy chwilę. Do rozmowy włączyła się Valentina. Dostałam również grafik na nowy tydzień oraz dowiedziałam się, że 16 sierpnia, czyli dzień po Ferragosto (15 sierpnia), uniwersytet jest zamknięty. Na dodatek, o ile dobrze zrozumiałam mam wolną również środę!!! 5 dni wolnego!!! Co do tej środy to muszę się jeszcze upewnić hehe Kolejny dzień wolny!
Ale i tak najlepsze było jedno zdanie wypowiedziane przez Milę: „Jesteśmy z ciebie bardzo zadowoleni”. Od tego momentu, czyli mniej więcej od 13.30 nie stąpam już po ziemi, lecz unoszę się w powietrzu. To było piękne zakończenie mojego pierwszego miesiąca w Perugii.

Z ciekawostek, jutro jadę z grupą na wycieczkę do Bevagni, gdzie jedną z atrakcji będzie… średniowieczna kolacja. Już się nie mogę doczekać. W poniedziałek jadę znów z kolejną grupą do Bevagni.

W tym tygodniu pracuję w sumie 18 godzin, także w przyszłym. Żyć nie umierać.

Potem od 15 do 18 pracowałam w tutor desk razem z Marią. Trochę porozmawiałyśmy i pośmiałyśmy się dla zabicia czasu. Parę rzeczy było też do zrobienia.

Następnie spotkałam się z Pauliną, której po krótce objaśniłam jak wygląda kurs i czego może się spodziewać. Bardzo miła dziewczyna. Bardzo prawdopodobne, że razem w poniedziałek pojedziemy do Bevagni, jeśli dobrze zda test i trafi do grupy zaawansowanej.

Potem wróciłam do domu, gdzie urządziłam sobie wykwintną kolację – identyczną jak prawie każde moje śniadanie, czyli sucharki do tego pesto, pasta z grzybami, gorgonzola, pomidor, mozzarella. Wino.

Ok. 21 przyszła właścicielka, razem z nową dziewczyna, Sedą o ile się nie mylę. Mówi ona trochę po włosku więc spoko, będzie można ćwiczyć język razem J Wydaję się być też bardzo sympatyczna. Zapłaciłam właścicielce czynsz za sierpień i porozmawiałam na temat noclegu dla moich znajomych.

Kilka dni temu do zlewu wpadła mi zatyczka od pasty. Od dwóch dni jednak odpływ wody był wyraźnie spowolniony, szczególnie dziś. Na szczęście pod wpływem stojącej, lub wolno spływającej wody, korek „wypłynął”. Ufff ucieszyłam się. Ale woda wcale nie zaczęła szybciej spływać. Potem… wypłynął kolejny korek i… kolejny. W sumie wyjęłam ze zlewu 3 zatyczki od pasty, a woda nadal ledwo co spływa. Na szczęście znalazłam jakiś płyn do rur w domu i może on pomoże. Najważniejsze, że udało mi się wydostać ten mój korek. I przy okazji dwa inne.


I jak tu nie wierzyć w cuda. Mój dzisiejszy dzień był naprawdę cudowny. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że naprawiłam mój aparat.

wtorek, 30 lipca 2013

Day 33 - 30 lipca

Dzisiaj mija dokładnie 1/3 mojego pobytu. Teraz, mam wrażenie, że co kilka dni będę świętować „rocznicę” przyjazdu do Italii, np. za dwa tygodnie stuknie mi już połowa pobytu, a potem to już z górki.

Moje dni są teraz bardzo nudne, według tego samego schematu. Chcę jak najszybciej dotrwać do weekendu i móc cieszyć się Rzymem najpierw z Ilarią, a potem ze znajomymi.

Dzisiaj od 8 do 13 byłam w pracy, ale jawnie się nudziłyśmy z Alessią i Chiarą. Zadzwoniła do mnie Mila, z informacją, że wysyła do nas fax, aby przekazać pewną wiadomość do innych nauczycieli. Poza tym, nic ciekawego.

Po powrocie moje ukochane tortellini. I lody o smaku tiramisu. Na kolację melon i winko. La dolce vita więc nadal w pełni.

Wczoraj okazało się, ze trójka moich znajomych przyjeżdża tylko na dwie noce, więc nie będę musiała iść do kwestury, czyli na policję, aby zgłaszać ich pobyt.

Po południu dopadło mnie tak wielkie zmęczenie, że urządziłam sobie godzinną drzemkę oraz obejrzałam włoski film, niestety z polskim dubbingiem. „La prima cosa bella”. Polecam.

Po południu zmyła się moja współlokatorka, Giulia. Zostawiła mi kartkę na drzwiach, że wyjeżdża i do zobaczenia we wrześniu. Musze jej jutro napisać smska jakiegoś fajnego.

Jutro także, w mieszkaniu będzie właścicielka. Rano ma przyjść przygotowywać pokój, łazienkę i kuchnię na przyjazd tej Turczynki. Moim zdaniem wszystko jest już uszykowane, ale wiadomo, każdy powód jest dobry, żeby tutaj przyjść. Dziewczyna ma przyjechać wieczorem, ok. 20.

Ja jutro mam cały dzień w ”rozbieganiu”.  Odezwała się dziś do mnie na fb dziewczyna, która przyjechała na sierpniowy kurs i chce się spotkać. Jutro więc po pracy się z nią umówiłam. Dziewczyna jest z Polski.


To tyle. I aż tyle. 2 dni i Rzym J Na razie straszna duchota, która nie daje spać.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Day 32 - 29 lipca

Nie lubię dni, które zapowiadają się jako nudne, bo … nigdy nie są nudne.

Zacznę jednak od tego, że wczoraj była po południu w mieszkaniu właścicielka i jej koleżanka. Najpierw ta znajoma, która chyba maluje okno w jednym z pokoi, wparowała do mnie bez pukania, niby w poszukiwaniu drabiny, która była w tym pokoju, w którym ona robiła malowanie!!!! Potem dobrze, że zamknęłam się w łazience, bo właścicielka chciała wejść bez pukania, bez niczego widząc zapalone światło. Ludzie, dajcie żyć.

A dzisiaj obudziłam się „siłami natury” ok. 9.30. I tak do mniej więcej 14 nie robiłam nic szczególnego. Sprawdziłam pogodę, i zobaczyłam, że na dziś zapowiadane są burze ok. 18. Ucieszyło mnie to niezmiernie, gdyż zapowiada to obniżkę temperatury. Mieszane uczucia wzbudził fakt, że do 19 miałam pracować więc była szansa, że złapie mnie ta burza.

Przed rozpoczęciem pracy chciałam zrobić drobne zakupy, ale złapałam się na tym, że jest 14 – wszystko zamknięte. Nawet miesiąc po przyjeździe nadal jest mi ciężko to ogarnąć.

Potem w pracy na początku nudy. Porozmawiałam z jedną z nauczycielek trochę. Opowiadała mi jak bardzo jej się podobało w Krakowie, bo była niedawno itp. I tak zleciało z pół godziny. Potem, ok. 17 okazało się, że jedna z nauczycielek nie przyjdzie, bo wyskoczyła jej sprawa rodzinna. 5 studentów czekało, ja również miałam iść na tę lekcję. Zadzwoniłam więc do nauczycielki i ta powiedziała, że jej nie będzie. Potem ta, z którą gawędziłam zadzwoniła jeszcze raz, aby uzgodnić termin odrobienia zajęć. Tak więc było trochę zamieszania. Spakowałam więc stoisko ok. 17.30  i wyszłam. Ale przypomniałam sobie, że dwie lekcje kończą się o 19 i skoro jestem w grafiku do 19, ale miałam iść na lekcję między 17 a 19, to może lepiej żebym jednak została do tej 19. Wróciłam więc na górę i odsiedziałam do 19. Nikt nie przyszedł. Nawet pies z kulawą nogą. Ale wolałam uniknąć problemów.

Wróciłam do domu, oczywiście dziś również była znajoma właścicielki i coś dłubała w tym pokoju. Potem zjawiła się właścicielka. Nie miałam ochoty wychodzić z pokoju. Przy naszej ostatniej rozmowie okazało się, że ma ona do wynajęcia jeszcze 2 inne pokoje w innych lokalizacjach i jeśli będę wiedziała, że jakiś student szuka mieszkania, to żebym mu podesłała. Zgodziłam się i dziś dostałam  na maila zdjęcia tych pokoi. Wrrrrrrr

Właśnie wsunęłam kolację – melona, i sucharki z pesto, gorgonzolą, pastą z grzybów. Na deser lody.

Jutro pobudka mniej więcej o 6.15. Burzy dziś nie było. Jedynie pokropiło ok. 17. Teraz się trochę rozpadało. I widzę błyskawice na niebie. Temperaturo poniżej 30 stopni, przyzywam cię!

niedziela, 28 lipca 2013

Day 31 - 28 lipca

Niedziela. Nic się nie działo, ale wpis musi się pojawić. Wiadomo.

Pobudka skoro świt, za sprawą dzwonów pobliskiego kościoła o 8.30. Powoli staje się to moją rutyną coniedzielną heheh W ogóle, w niedzielę we Włoszech dzwony rozlicznych i rozsianych wszędzie kościołów biją jak najęte.

Kawka i potem kościół. Tym razem wybrałam się tutaj, bardzo blisko mnie, 1-2 minuty na nogach i muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało. Kościół mały, ale nawet sporo lokalnych mieszkańców było na mszy.

W domu zrobiłam 2 tury prania, na obiad tortellini. Tak, uwielbiam je i nie będę tego ukrywać. W Polsce już nie będą tak łatwo dostępne i tanie jak tutaj. Do tego pesto, starty ser i kawałek gorgonzoli. Pychota.
Potem z sukcesem udało mi się dokończyć aplikację do ONZ. Trochę „na odwal się” uzupełniłam brakujące informacje i kliknęłam na magiczny „SUBMIT”, a po chwili na mailu dostałam potwierdzenie złożenia aplikacji. Teraz czekanie. Na coś lub na nic. Nawet to „nic” ma być potwierdzone uprzejmym mailem, mówiącym, że nic z tego.

Moje zmęczenie walką z upałem zmusiło mnie do wyjścia z domu i zakupienia opakowania lodów o smaku tiramisu i paczki ciastek. Tak więc zrobiłam sobie mieszankę lodów i ciastek. Bomba kaloryczna, ale przypływ euforii i ochłoda były mi niezbędne.

Na koniec obejrzałam sobie po raz pierwszy klasykę kina włoskiego, „La dolce vita” i na koniec miałam ochotę się popłakać. Początek filmu wydał mi się średni, sam film też miał lepsze i gorsze momenty, ale sam pomysł w jaki przedstawiony został przez Guido obóz koncentracyjny, był jednocześnie komiczny i tragiczny, słodko-gorzki. Zdecydowanie film polecam.

Udaję się za chwilę w objęcia Morfeusza. Jutro zaczynam pracę dopiero o 15, ale oznacza to, że mniej więcej o 14.30, czyli w szczycie upału będę musiała wyjść z domu, aby dotrzeć na kampus. 2 godziny pracy i 2 godziny zajęć.


Zaczynam już czwartą dziesiątkę mojego pobytu w Italii. Szaleństwo.

Day 30 - 27 lipca

Dzisiaj szczególny dzień. Mija bowiem miesiąc odkąd przyleciałam do Italii. Dokładnie miało to miejsce 28 czerwca, więc dziś równo miesiąc stuknął. Na podsumowania przyjdzie czas za dwa miesiące. Na razie fortuna kołem się toczy.

Wczoraj poszłam spać niewiele przez północą. Na koniec dnia gorączkowo szukałam informacji na temat tego, co jest do zobaczenia we Florencji. Pobudka o 4.45. I zrezygnowana ciemną aurą na zewnątrz pogrzebałam plan pojechania pociągiem o 6 rano do Florencji.
Do 5.30 wylegiwałam się w łóżku. Potem kawa i ogarnięcie się. Na stację wpadłam jakieś  15 minut przed odjazdem. Spotkałam kilka dziewczyn z kursu, spytałam czy nie trzeba im pomóc itd. Wczoraj pojechały do Passigniano po tym jak udzieliłam im wszelkich wskazówek.

Pociąg z przesiadką. Mój pierwszy przejazd z przesiadką we Włoszech. Czasu było niewiele na  zmianę pociągu, ale 9 minut okazało się wystarczające na małej stacji Trenotola bodajże.

Ok. 9.30 wylądowałam więc we Florencji. Uderzył mnie od razu przypływ gorąca. Ruszyłam śmiało w stronę miasta poszukując punktu informacji turystycznej w celu otrzymania mapy. Po kilku próbach w końcu udało mi się zdobyć ową mapę i ruszyłam w miasto. Jakieś 10 minut później, lub 5 zdjęć później, zepsuł się mój aparat. Wysiadł zoom. Mam zwykłą cyfrówkę Samsunga kupioną dwa lata temu za nie więcej niż 230 zł. Aparat przetrwał już ze mną całkiem sporo podróży i dłuższych pobytów za granicą. W końcu i na niego przyszedł czas. Próbowałam go naprawić, ale nic nie dało rady. Szukałam sklepów fotograficznych we Florencji, ale bez skutku.

Tak więc po dzisiejszej wycieczce pozostaje niedosyt, brak zdjęć. Tylko w sumie te dwa. 


Miasto bardzo ładne, szczególnie główne zabytki. Pogoda była przesadnie gorąca, do tego miasto wypełnione turystami, głównie Azjatami, więc trochę nie moja bajka. Udało mi się jednak przejść w ok. 8 godzin spokojnie kilkanaście kilometrów.

Byłam dzisiaj w dziwnym nastroju. Kiedy po południu zrobiłam sobie przerwę, aby odsapnąć, naprawdę myślałam, że zemdleję. Zupełnie opadłam z sił. Brak snu, dostatecznej jego ilości w ostatnich dniach i ogólny gorąc dały o sobie znać.

Tak sobie więc spacerowałam z mapą, oglądając wyznaczone miejsca. Niestety, głównej atrakcji Florencji, czyli Galerii Uffizi nie udało mi się odwiedzić. Rano próbowałam kupić bilet online, ale najbliższe dostępne terminy były 31 lipca. Poza tym, wszędzie olbrzymie kolejki do wejścia: galeria, katedra, itp. Zupełnie nie moja bajka.
Miasto na pewno piękne, szczególnie główna katedra, która wygląda jak dla mnie nieco przewrotnie, jakby z zewnątrz opatrzono ją malunkami przeznaczonymi do wewnątrz.

Na obiad zjadłam pizzę z pieczarkami i szynką, „take away”. Zapłaciłam więc mniej, bo nie jadłam w restauracji, ale znalezienie miejsca do siedzenia i konsumpcji nie było łatwe. Najpierw był to chodnik, a potem Piazza della Signorina..

Na pamiątkę po Florencji zostanie mi 5 zdjęć, 4 pocztówki, 2 bilety kolejowe i… 3 książki po włosku oraz słownik. Cały komplet książek kosztował 5,9€. Udało mi się w pasażu podziemnym koło dworca wyczaić coś na kształt antykwariatu i kupiłam trzy „gialli”, czyli kryminały i słownik włosko-włoski.

I gialli, czyli kryminały po włosku, a tłumacząc dosłownie po prostu „żółty kolor” swoją nazwę bierze  z … 

The word "giallo" is Italian for "yellow" and stems from the origin of the genre in Italy as a series of cheap paperback mystery novels which all had trademark yellow covers.

według Wikipedii oraz moich wspomnień z lektoratu włoskiego. I faktycznie, książki kryminalne ukazujące się w tej serii, miały żółte okładki.
Kupiłam więc sobie 3 gialli, w tym jeden jest z 1964 roku, czyli książka ma już 49 lat!!! Na każdej z nich napiszę datę i miejsce zakupu, i w ten  sposób utrwalę sobie chociaż Florencję, w zamian za straconą szansę zrobienia zdjęć.


Padam na twarz. Poszłam na pieszo na stację. 25 minut marszu z górki. Droga powrotna, również „z  buta” zajęła mi jakieś 35-40 minut i była gwoździem do trumny. Teraz umieram. Czas na regenerację. 

Naprawiłam aparat. Jeśli tam można nazwać fakt, że na siłę wyciągam zoom.

Fa caldissimo.

piątek, 26 lipca 2013

Day 29 - 26 lipca

Ostatni dzień tygodnia przebiegł bardzo spokojnie. Od 2-3 dni temperatury we Włoszech są dosyć wysokie. Po czym to poznać? Nawet Włosi narzekają na upały.

Rano pobudka i uderzający niedosyt snu. Dowlekłam się na 8 na kampus i razem z innymi dziewczynami zaczęłyśmy rozkładanie stoiska tutor desk.

Generalnie nic się nie działo. Ok. 9 do Marii zadzwoniła Mila i poprosiła, abyśmy przyszły do biura się rozliczyć z wczorajszej wycieczki. Maria poprosiła, żebyśmy wszystko jeszcze raz sprawdziły. Powiedziała, że wszystko gra.

Wczoraj w autobusie powrotnym, myślałam, że przeprawiła ona godzinę na jednym z biletów z 14.33 na 17.03 i że wszystko będzie się zgadzać, bo w drodze do fabryki skasowała 16 biletów i napisała na jednym ręcznie datę i godzinę, bo nie chciał jej dalej kasować kasownik, czyli w sumie skasowała 17 biletów. Wliczyła w to również nauczycielkę, za którą ja kasowałam bilet w obie strony, zgodnie z instrukcjami Mili. Myślałam więc, że ryzykownym ruchem przeprawienia godziny „nadrobi” stracony bilet, ale w biurze okazało się, że zamalowała dwa skasowania, co ewidentnie nie „wymazuje” faktu skasowania biletu i wyszło na to, że miała o te dwa skasowania za dużo. Myślałam, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy w fabryce, nie wiem czemu po raz kolejny w drodze ponownej skasowała 17 razy. Może było to przez pomyłkę, na skutek tego, że mnie nie zrozumiała, ale w drodze powrotnej wydawało mi się, że wszystko będzie ok. Trochę jej się oberwało od Mili. Siedziałyśmy razem, a ja byłam  kolejna do rozliczenia. Na szczęście u mnie wszystko było w porządku. Może nie zaplusowałam jakoś u Mili, ale ważne że nie zaliczyłam wtopy. Szkoda Marii, bo uniwersytet będzie musiał jakoś zaksięgować „utraconą na skutek błędu” równowartość 3 euro. Stres Marii na pewno ma większą wagę.

Dostałam grafik na przyszły tydzień. W poniedziałek pracuję… 2 godziny po czym od razu od 17 do 19 idę na lekcję z grupą zaawansowaną, na język ekonomiczno-prawny. W czwartek wycieczka do Bevagni razem z Marią, ale chyba autokarem, więc logistycznie o wiele łatwiej będzie to ogarnąć, a w piątek… a w piątek mam wolne. I jak to się ma do mojej rozmowy z Milą sprzed tygodnia na temat dni wolnych i kategorycznego NIE jakie usłyszałam? Nie mam pojęcia. Cieszę się, że uwzględniła w grafiku na przyszły tydzień to, że chcę chodzić na język i chcę podróżować w weekendy więc wolne popołudnia piątkowe/tudzież cały piątek i wolny poniedziałek do południa bardzo mnie urządzają.

Po rozliczeniu wróciłyśmy do biura i razem z 3 innymi dziewczynami siedziałyśmy tam do 13. Potem zwijanie stoiska. I weekend!!!

Wróciłam do domu równocześnie z Giulią i jej koleżanką. Wszystkie byłyśmy tak wygłodniałe, że od razu rzuciłyśmy się do gotowania obiadu. Ja ugotowałam makaron rigatoni, do tego resztki sosu pomidorowego jaki mi zalegał, mozzarella i starty ser. Pyszota. Na deser czekoladki, które wczoraj w stanie zupełnego rozpuszczenie wyjęłam z plecaka po powrocie z fabryki czekolady i krakersy. Nie pisze już o winie, bo to już raczej u mnie standard popołudniowy. Heheh

Meczę się niezmiernie w tym upale. Zdołałam jednak posprzątać pokój i umyć łazienkę. Wyszłam po większe zakupy. Prysznic i powoli trzeba się kłaść spać.


Plan na jutro – biorę pociąg do Florencji o 6 rano. Toskanio, oto przybywam!

Day 28 - 25 lipca

Właśnie wróciłam do domu. Jest prawie 24. Nie nie, wycieczkę do muzeum i fabryki czekolady mam już dawno za sobąJ  Teraz wróciłam z miasta.

Ale po kolei…

Rano spałam prawie do 9. Wkrótce po  tym jak wstałam, przyszła właścicielka. Oczywiście pod pretekstem remontowania czegoś, jak zwykle. Siedziała cały ranek. Zagadała do mnie kiedy przyjeżdżają moi znajomi. Skąd o tym wiedziała? Nie wiem. Zapewne od mojej współlokatorki, z którą kilka dni temu rozmawiałam na temat dodatkowego rozkładanego łóżka.

Okazuje się, że jeśli w moim pokoju będę gościć moich znajomych przez dłużej niż 48 godzin, to muszę iść do „kwestury” z kopią ich dokumentów i zgłosić, że zostają w moim pokoju, gdyż są obcokrajowcami. Super. Moi znajomi chcą zostać trzy dni więc czeka mnie zaliczenie kolejnego urzędu. Po prostu czepialstwo właścicielki, która zapewne dokładnie w tym samym czasie wynajdzie sobie kolejny powód do wpadania do mieszkania pod pretekstem remontu, dokładnie kiedy będą tu moi znajomi. Turczynka, która ma mieszkać ze mną przez miesiąc wprowadza się 31 lipca.

Ok. 12.30 wyszłam z domu. Na kampusie byłam ok. 13. Posiedziałam chwilę z Vanessą, która sama była w tutor desk. Pożartowałyśmy. Porozmawiałyśmy o Polsce, bo Vanessa w lutym jedzie na Erasmusa na Uniwerek Warszawski. Nawet sporo wie o Polsce, zna trochę cyfry, ale ma problemy z wymową naszych cz, sz, ch, rz, ś, ł,ć,ą,ę. W końcu zabrałam się za poszukiwanie mojej grupy.

Zjawili się wszyscy, oprócz jednej dziewczyny. Trochę mnie to wkurzyło, bo nie uprzedziła nikogo. Była zmęczona. Jej sprawa. Uczestnicy kursu mogą opuścić max. 5 godzin, a obecność na zajęciach jest obowiązkowa i sprawdzana. Wycieczka trwała jakieś 3,5 godziny, więc na razie nie myślę, żeby miała z tego powody nieprzyjemności.

Wszystko poszło gładko w autobusie. Kasownik nie był zablokowany i nie zablokował się. Również w fabryce czekolady wszystko przebiegło pomyślnie. Udało mi się dostać darmowe wejście dla Adbula pod pretekstem opieki nad dwójką niepełnosprawnych studentów… i także Eliott i Amy nie musieli płacić za bilety. Jutro muszę tylko wszystko wytłumaczyć w biurze i zdać raport oraz rozliczyć się z biletów i pieniędzy. Podczas zakupu biletów wstępu, okazało się, że Maria skasowała bilet autobusowy o jeden raz za dużo, wliczając w to nauczycielkę, za którą także ja skasowałam bilet, bo takie miałam wytyczne.  Na szczęście miała problem  z jednym z biletów, na którym jest 10 przejazdów, i jeden przejazd musiała dopisać ręcznie. Dzięki temu, w drodze powrotnej przeprawiła jedynie godzinę i w ten sposób udało się nadrobić jeden niepotrzebnie skasowany przejazd.

Wizyta w fabryce była ciekawa. Najfajniejszym punktem była degustacja czekoladek i czekolad. Wzięłam kilka ze sobą opakowanych w sreberko, ale po otwarciu plecaka okazało się, że wszystko jest ubrudzone w czekoladzie, włącznie z moją plakietką. Na szczęście nie dokumenty, pieniądze i bilety.
I tak oto przerwałam najgorsze. Znów pokonałam siebie i dałam sobie radę.

Wieczorem, po powrocie do domu 2 kieliszki winka, ugotowałam resztki tortellini i prysznic. Ok. 20 do mieszkania znowu wpadła właścicielka i wyszła po mniej więcej godzinie. Ja tuż za nią.

Wyszłam, aby spotkać się ze studentami z kursu. Kupiłam wcześniej piwko i grzecznie poszłam na wyznaczone miejsce. Spotkałam tam m.in. Eliotta. Nie pytałam go jak dotarł pod uniwerek, ani jak zamierza wrócić. Widać, ze jest samodzielny i być może nasze cackanie się z nim jest zbyteczne. Na kilku zdjęciach  na FB wrzuconych przez jedną dziewczynę też widziałam, że już przynajmniej raz wyszedł wieczorem z resztą ludzi. Tak więc kamień z serca, bo najwidoczniej nie ma on takich problemów o jakie wszyscy go posądzają.

Podczas spotkania poszliśmy do parku, niedaleko mojego domu gdzie puszczali muzykę reagge. Wszyscy pili. Ja czułam się trochę jak dinozaur, ponieważ wszyscy są już trochę zżyci ze sobą. Nawiązałam jednak rozmowę z jedną z nieznanych mi dotąd dziewczyn, z Adelie, która jest Francuzką. Rozmawiałyśmy chyba z godzinę, wyłącznie po włosku. To było po prostu super. Adelie jest z grupy intermediate, dlatego nasza rozmowa mogła w ogóle zaistnieć.


Kolejny udany dzień. Dziś plus 100 do zajebistości. Poniżej kilka fotek dokumentujących ową zajebistość. OOO, w zasadzie już dzień 29 mnie zastał, bo jest ok. 00.20.







 



środa, 24 lipca 2013

Day 27 - 24 lipca

Ciężka pobudka rano. Ogarnięcie się i w drogę.
Ok. 8.30 byłam w biurze Erasmusa, w moim byłym biurze heheh, żeby odebrać bilety i pieniądze na jutrzejszy wyjazd. Mila powiedziała mi, że jeśli chcę, nie muszę dziś zostawać w tutor desk po południu i żebym już opiekę nad Eliottem przekazała zupełnie Adbelowi.

Rano jednak towarzyszyłam mu zgodnie z wczorajsza umową z Abdelem podczas porannych lekcji i ok. 12 miałam zamiar udać się z nim na stołówkę. Kumple wyciągnęli go do centrum, więc plan uległ zmianie, ale okazało się, że centrum jest w zasięgu Eliotta. Jest w stanie pokonać trochę schodów, a potem jest możliwość wzięcia windy i jest się już w centrum.

Próbowaliśmy kupić mu sim card, ale okazało się, że jego telefon ma simlock więc nic z tego. Musi zadzwonić do swojego operatora w UK i dostać kod, aby zdjąć simlock. Potem można myśleć o zakupie włoskiego sima. Ale to już jest do ogarnięcia najwcześniej jutro.

Szybkie zakupy w supermarkecie, gdzie „dzieciaki” kupiły sobie coś na lunch i potem ok. 1,5 godzinny chill na trawce w parku. W międzyczasie schodzili się też inni, którzy wybrali się w przerwie do centrum. I tak oto razem nawet trochę się pouczyli i poodrabiali zadania domowe na popołudniowe zajęcia. Fotka dokumentuje fakt uczenia się. Wielokrotnie występowałam dziś w roli osoby tłumaczącej zawiłości gramatyki włoskiej. Hahahah

Potem powrót na kampus i od 15 zmienił mnie Abdel, którem przekazałam pałeczkę i powiedziałam, że ja już Eliottem nie będę się tak zajmować, bo mam na głowie całą grupę i do tego pracę w tutor desk.  Załatwiłam mu rano w biurze darmowy przejazd i wejście do Muzeum Czekolady jutro, bo pierwotnie nie był brany pod uwagę, ale powiedziałam Mili, że dobrze żeby był, bo oprócz Eliotta również Amy wymaga nieco więcej uwagi, bo się łatwo rozprasza kiedy jesteśmy na lekcji poza klasą.

Od 15 do 16.30 popracowałam jednak w tutor desk z Marią. Nie było za wiele do zrobienia, ale potem sobie poszłam. Mila mi pozwoliła, Maria nie miała nic przeciwko pozostaniu samej do 18. Ja potrzebuję odpocząć. Podczas, gdy inne dziewczyny mają po max 3-5 godzin pracy dziennie, ja przez ostatnie dwa natrzepałam 19,5. Moja grupa jest też najbardziej wymagająca, ze względu na Eliotta i Amy.

Jedna dziewczyna ode mnie z grupy przeszła do grupy o nieco wyższym poziomie, tak więc zostało mi obecnie 14 owieczek.

Jutro jednak wycieczka zaczyna się o 14. Jedziemy autobusem miejskim więc muszę skasować za wszystkich bilety, a jak kasownik się zablokuje lub coś, to muszę ręcznie pisać na bilecie datę i godzinę dla każdej osoby – jak gdyby ręcznie go skasować. Mam 3 bilety po 10 przejazdów i podejrzewam, że jak będę w niemal tym samym momencie go kasować wielokrotnie, to może się zdarzyć blokada. Oprócz mojej grupy, jedzie też w tym samym czasie druga grupa, więc w sumie ok. 35 osób. Trochę potrwa skasowanie biletu za wszystkich. Lub „wypisanie” ręcznie co gorsza. Mam nadzieję, że nie będzie kontroli. W sumie mamy do pokonania ok. 6 przystanków w czasie ok. 25 minut.

Potem tylko kupić bilety wstępu, przeliczyć i zachować, godzinne zwiedzanie i degustacja czekoladek,  i droga powrotna autobusem miejskim.

Mam nadzieję, że od teraz będę potrzebna Eliottowi tylko w sytuacjach ekstremalnych i jako tłumacz. Skoro Adbel zgłosił się na odbycie stażu/kolaboracji czy czegokolwiek co jest mu potrzebne, to weźmie na siebie prawie zupełną odpowiedzialność za stróżowanie. Z moich obserwacji wynika jednak, ze Eliott nie potrzebuje żadnej  podczas lekcji, jedynie w porze obiadu i na koniec zajęć, aby zadzwonić po kierowcę, żeby po niego przyjechał. No i oczywiście kwestia zakupów, bankomatu i ogarnięcia teraz simcard. Professoressa, która też się nim nieco opiekuje z ramienia uniwersytetu powiedziała, że jeśli Eliott chce wieczorem jechać do miasta to może się umówić z kierowcą, bo niby są dwie umowy podpisane jak dobrze zrozumiałam. Jedna między uniwerkiem a organizacją wolontariuszy na przywóz/odwóz Eliotta do szkoły, ale również między Eliottem a tą organizacją na wyjazd na zakupy/opuszczenie domu na własne potrzeby. Nie wiem jak to de facto działa. To nie moja broszka. Tak sobie powtarzam, ale sytuacja tego chłopaka leży mi na sercu i chyba nic się nie zmieni do 9 sierpnia.


Jutro więc szansa na wyspanie się!!! A piątek nie zapowiada się źle – razem z resztą dziewczyn siedzimy w tutor desk od 8 do 13. Potem, błogi weekend. Ale jeszcze nie wybiegajmy w przyszłość tak daleko. Na razie dobijają mnie problemy z zatokami. Chroniczny ból głowy powrócił i jest nie do zniesienia.

wtorek, 23 lipca 2013

Day 26 - 23 lipca

Nie do wiary. Pracowałam dzisiaj non stop od 8 rano do mniej więcej 20 kiedy wróciłam do domu.

Najpierw bolesna pobudka o szóstej rano. Długi spacer na kampus i od 8 zaczęłam zajęcia z Eliottem. Na początek była lekcja z kultury włoskiej, na której dowiedziałam się m.in. iż Włochy składają się z 20 regionów i że L’Italia e’ uno stivalo che gioca a calcio con la Sicilia, czyli że Włochy są butem, który gra w piłkę Sycylią. Barwność zajęć dopełniał fakt, że professoressa mówi trochę po polsku więc czasem wtrącała tłumaczenie słów na polski, bo w „mojej” grupie, której tutoruję obecnie jest jeden chłopak z Polski.

Polacy są wszędzie. Na kursie, w mieście, w klasztorze w którym mieszka Eliott, pracują w księgarni. Niesamowite. Spotkałam też kilka osób, które znają kilka słów po polsku.

Generalnie bardzo lubię moją grupę. Jest 15-osobowa. Wszyscy się w miarę integrują. Eliott nie ma z tym najmniejszego problemu. Ale jest też dziewczyna z Francji, która ma nieco problemy z wymową i jest troszeczkę zagubiona, ale ogarnia. Dzisiaj podczas wycieczki po mieście notorycznie mi się gubiła i zostawała w tyle cykać fotki. Inną outsiderką jest pewna Hiszpanka, która słabiutko mówi po angielsku i nie zna włoskiego, więc mówi tylko po hiszpańsku, a wszyscy w grupie na razie rozmawiają po angielsku i poznają się.

Dołączyłam do grupy na FB, na której są wszyscy studencki, całe 46 osób. Nie jest to grupa w żaden oficjalny sposób powiązana z uniwersytetem, ale będę pisać posty, już zaczęłam, jako komentarze do wypowiedzi i tylko po włosku zachęcając tym sposobem innych do wypowiadania się po włosku lub przynajmniej używania translatora do zrozumienia tekstu.

W między czasie pojawił się inny tutor, który ma się opiekować stricte Eliottem. Więc siedzieliśmy z nim na lekcjach, a potem zabraliśmy go do stołówki. Na obiad tam udali się też inni studenci więc Eliottowi było wesoło. Abdul, choć nie do końca tak się nazywa ten inny tutor, jest Marokańczykiem z pochodzenia, a w Perugii mieszka od 5 lat bo tutaj studiuje. Mówi super po włosku, ale słabo po angielsku. Ma do wypracowania nieco ponad 100 godzin, pewnie też jako obowiązkowe praktyki lub coś. Ma on kartę na stołówkę, dzięki której nie musi płacić za obiady, a że jest Ramadan, on nie je, ale na jego kartę wziął dla mnie obiadJ Tak więc dzisiaj il pranzo gratuito. Pasta, jogurt, pizza, bułka i owoc.

Ok 14 Abdul sobie poszedł, a ja czekałam z Amy i Eliottem na professoresse, żeby zabrała nas do budynku głównego. Zorganizowała nam podwózkę, ale musieliśmy czekać do 15. O 15.30 zebrali się wszyscy moi podopieczni, Abdul i młoda nauczycielka, która w ostatniej chwili poproszona została o zastępstwo za chorą nauczycielkę. Zrobiliśmy prawie 3 godzinny spacer po mieście. Eliott dał radę. Ja ogarnęłam w miarę moją grupę. Potem kupiliśmy z Eliottem wymagany na zajęcia podręcznik i zrobiliśmy zakupy. Zadzwoniliśmy po wolontariusza, który odwiózł nas do klasztoru, w którym mieszka Eliott i pomogliśmy mu rozpakować zakupy. Potem Pasquale podwiózł nas nieco do miasta.

I na tym skończył się dzień. Ledwo doczołgałam się do domu. Było ok. 20. Teraz już 22.30. Kolejny dzień za mną. Bardzo pracowity, ciężki, ale z satysfakcją stwierdzam, że dzisiaj zrobiłam dobrą robotę.  A wycieczka do fabryki czekolady nie jest jutro, tylko pojutrze. Uff Mam jeden dzień na odsapnięcie. Jutro dzielimy się opieką nad Eliottem. Ja jestem z nim na lekcjach od 9.00 do 12. Potem pewnie stołówka. Man nadzieję, ze inni studenci też zostaną na kampusie i będzie miał on towarzystwo, aż do 15 kiedy zaczynają się kolejne zajęcia i zmienia mnie Adbul. Ja planuję iść na mój pierwotnie zaplanowany dyżur od 15 do 18 przy tutor desk, gdzie nie ma w sumie nic do roboty. Najpóźniej o 18 chcę być już wolna.

Mam nadzieję, że jeśli na koniec kursu studenci i nauczyciele będą musieli wypełnić ankietę oceniającą tutorów, to że dostanę pozytywne noty i udowodnię sobie oraz ludziom z biura, że wykonałam kawał dobrej roboty.

Już ponad 25% pobytu za mną. Szok. Machina czasu przyspiesza.


Kilka zdjęć z wycieczki po mieście.








poniedziałek, 22 lipca 2013

Day 25 - 22 lipca

Oj zmiany na całego dzisiaj. Rano uczelnia wypełniła się studentami. W sumie przyjechało 46 nieboraków, a nie 49. Większość jak udało mi się zorientować z bardzo słabą lub zerową znajomością włoskiego.
Moim pierwszym zadaniem było zajęcie się studentem angielskim, który pojawił się nieco wcześniej. Eliott jak się wkrótce okazało jest minimalnie niepełnosprawny. Ma problem z lewą dłonią, której palce są niemal cały czas zaciśnięte i problem sprawia mu również chodzenie. Jest nieco nieśmiały, ale na szczęście nieco zasymilował się z grupą, ponieważ wszyscy mówili dziś po angielsku między sobą.
Razem z nim poszłam do baru, ponieważ chciał wypić kawę i okazało się też, że nie jadł jeszcze śniadania, więc wybrał sobie cornetto.

Potem pomagałam mu nieco przy rejestracji i o 9 ruszyła machina. Krótkie powitanie i o 10 egzamin wstępny sprawdzający poziom języka.Podczas egzaminu chodziłyśmy i pilnowałyśmy ludzi oraz odbierałyśmy testy. Potem, pomagałyśmy przy koordynacji egzaminu ustnego.  Pozostałe tutorki, czyli 4 dziewczyny, rodowite Włoszki są super sympatyczne i trochę udało nam się porozmawiać.

Potem chwila przerwy i o 13 zaczął się bufet dla wszystkich J Całkiem dobre jedzonko. Oczywiście zanim udało mi się dostać do stołów, część jedzenia już zniknęła, ale nawet te ostatki były super pyszne.
O 14 obwieszczono oficjalnie, kto do jakiej grupy się dostał i każdy otrzymał swój plan zajęć.

Potem, razem z jedną professoressą rozmawiałyśmy z Eliottem na temat jego dojazdów na uczelnię. Okazuje się, że za każdym razem ktoś, jakiś wolontariusz z zewnątrz podejrzewam, musi go przywozić i zawozić na uniwersytet. Było nieco dziwnie, ponieważ professoressa mówiła po włosku a ja tłumaczyłam na angielski, w pewnym momencie zaczęłam wtrącać słowa po polsku. Byłam już naprawdę nieźle zmęczona.
Jakoś udało się ustalić plan na najbliższy tydzień, na razie wstępnie. Okazuje się, że będę się zajmować Eliottem, ponieważ on słabiutko zna włoski, ale mam jak najczęściej używać włoskiego. Angielski tylko w razie konieczności. Podczas pierwszego tygodnia mam mu też towarzyszyć podczas zajęć, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok itd.

Jest też drugi chłopak, mężczyzna w zasadzie, o imieniu coś na kształt Abdul, który też ma się nim nieco zajmować, podejrzewam, że chodzi o czas popołudniami i może też w ciągu dnia. On mówi zaś tylko po włosku i razem mamy się wymieniać opieką nad Eliottem. Ale nie mam pojęcia jaka ma być rola tego jegomościa i jak mamy się dzielić opieką. Wyjdzie w praniu.

Nie jestem jednak pewna, czy Eliott wymaga aż takiej opieki. Na pewno na razie jest mocno zagubiony, przyjechał wczoraj itd. Ale przez pierwszy tydzień wszyscy chcą na niego bardzo uważać, takie odniosłam wrażenie. Poza zajmowaniem się Eliottem mam oczywiście jeszcze inne obowiązki, ale nie wygląda na to, żebym szybko miała wrócić do biura. Hurra

Wróciłam do domu koło 15.30, trochę ogarnęłam podłogę w pokoju, korytarzu i kuchni, bo na szczęście ktoś umył „ubłoconą” wręcz po malowaniu podłogę w łazience. Wczoraj była już w opłakanym stanie. Potem winko na regenerację i sałatka z wczoraj na kolację.

Jutro czeka mnie niemiłosiernie długi dzień. Zaczynam z Eliottem zajęcia o 8 rano. Dojście na drugi kampus zajmie mi spokojnie jakieś 25 minut, więc najdalej 7.20 planuję wyjść, aby tam być, kiedy przyjedzie Eliott.
Najpierw 2 godziny zajęć o kulturze jak się domyślam, czyli Elementi di civilita’, a potem 3 godziny Lingua italiana. Mam co chciałam, będę uczestniczyć w części zajęć, ale Eliott jest niestety w grupie początkującej, więc  trochę będę się nudzić na zajęciach językowych, ale może wręcz przeciwnie – zrobię sobie powtórkę. Mam nadzieję, że będzie szybkie tempo przerabiania materiału. Potem pewnie potowarzyszę Eliottowi podczas obiadu na stołówce, tylko jeszcze nie wiem czy na tamtym kampusie, czy bliżej uczelni, bo lekcje kończą się ok. 13, ale potem o 15.30 zaczyna się zwiedzanie miasta- lekcja w terenie, a spotkanie jest w Budynku Głównym, który od tego kampusu jest oddalony jakieś 10 minut na nogach. Professoressa ma zawieść E. z kampusu do budynku głównego. Muszę z nią ustalić szczegóły na temat obiadu jeśli ją spotkam.
Potem o 15.30 zaczyna się obchód miasta. Tutoruję całej grupie, więc też pewnie coś będę miała do zrobienia. I tak mniej więcej do 18 kiedy ma się skończyć zwiedzanie.

Mam nadzieję, że nie padnę. Ale najgorsze i tak przede mną we środę. Na szczęście lekcje zaczynają się o 9. Na początek 3 godziny ćwiczeń mówienia (hurraaa!!!), potem 2 godziny przerwy i wycieczka do fabryki czekolady. Muszę z dziewczynami dokładnie obgadać jak to ma wyglądać, bo mamy jechać tam  jakimś autobusem i musimy zabrać wcześniej z Budynku Głównego bilety, które trzeba będzie kasować i pieniądze na zakup biletów w fabryce. Na szczęście jedzie ze mną Maria, więc nam nadzieję, ze będziemy jechać tym samym autobusem i ona mi nieco pomoże w kwestiach ogarnięcia tego rabanu, jak również przemiłe porfessoresse.

To tyle więc. Najbliższe dwa dni będą masakryczne. Potem w czwartek powtórka z wtorku jeśli chodzi o lekcje – rano na 8 i 5 bitych godzin. Nieco luźniej na razie wygląda piątek, tylko 2 godziny zajęć z mówienia od 11 do 13. W tym tygodniu jestem zwolniona z siedzenia w Tutor Desk, czyli punkcie, do którego mogą się zwrócić studenci lub nauczyciele w razie potrzeby.
Czas leniuchowania oficjalnie się zakończył. Ten tydzień będzie tragiczny, ale następny już powinien być nieco lżejszy. Ale tu jeszcze 4 dni do przeżycia.


Wkrótce trochę zdjęć z tutoringu, bo zostałyśmy proszone o to, aby robić fotki na pamiątkę.

niedziela, 21 lipca 2013

Day 24 - 21 lipca

Niedziela była dniem regeneracji. Rano pobudka, kościół. Tym razem wybrałam katedrę. Nie było jednak gazetki, z obrządkiem, więc dzisiaj było nieco trudniej o bardziej aktywny udział, ale ku mojemu zdziwieniu w katedrze było nieco więcej ludzi, ok. 60 może, czyli jakieś 3-4 razy więcej niż w kościele, do którego chodziłam dotychczas.

Potem spacer w odnalezieniu drugiego kampusu uniwersyteckiego, gdzie prawdopodobnie będzie odbywało się część zajęć dla studentów.

Potem powrót do domu i obijanie się. Zrobiłam sałatkę na obiad, a wieczorem na deser soczysty melon.
Poza tym powtarzanie słówek, rozmowa na skypie na linii Perugia-Chicago-trzy miasta w Polsce. Jestem w szoku, że nasze łącza internetowe wytrzymały i dałam radę porozmawiać z całą rodzinką.

Plan wspólnego zwiedzania Rzymu z bratem na początku października nadal aktualne!!! Huraaaa

Poza tym, napisałam w ciągu 2-3 godzin jakieś 2 strony w Wordzie listy motywacyjnego, który jest wymagany w aplikacji do ONZ. Wychwalałam w nim, jak to moje dotychczasowe doświadczenia super korespondują z wymaganiami stawianymi przed kandydatami i jak ja sama reprezentuję wartości, jakim patronuje ONZ, itp. Itd. Uważam to więc za największy sukces dzisiejszej błogiej niedzieli.

Teraz praca nad upiększaniem się, czyli malowanie paznokci i inne zabiegi pielęgnacyjne. Plus pranie.


Od jutra, cambiamenti, czyli zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Oby na lepsze.

sobota, 20 lipca 2013

Day 23 - 20 lipca

Zgodnie z planem, dzisiaj zaliczyłam Asyż.

Zanim to się jednak stało, wczoraj wieczorem zjawiła się moja współlokatorka nr 3, czyli Roberta. Zapukała, przedstawiła się, zapytała czy jestem ok z tym, że przez 2-3 dni zatrzymają się u niej ludzie. Jasne, nie ma sprawy. Moje mieszkanie jest więc pełne ludzi, bo wydaje mi się, że Roberty jest co najmniej dwójka ludzi, w tym pewnie jej mama, którą spotkałam rano w kuchni. U Giulii też sypia koleżanka.

Rano prawie zatkałam zlew w łazience. Tzn., zlew jest nadal zapchany, ale odpływa woda. Jak to zrobiłam? Mam tutaj dosyć dużą dziurę w umywalce i wpadła mi tam oczywiście zakrętka od pasty do zębów. Nadal widzę, że tam tkwi, ale na szczęście woda spływa. Potrzebuję czegoś mniej więcej jak drut do szydełkowania, żeby to wyciągnąć. Pytanie, skąd wziąć coś takiego.

Następnie udałam się na stację autobusową. Tam czekała już na mnie Ceren. Napisałam jej, że najprawdopodobniej wybieram się do Asyżu, podałam szczegóły. Rozmawiałyśmy o wspólnym wyjeździe już 2 tygodnie temu, więc teraz doszedł do skutku.

Kupiłyśmy więc dwa bilety i zaczekałyśmy chwilę na nasz autobus do Asyżu. Z Perugii to zaledwie jakieś 25-30 km, ale droga kręta, kilka przystanków więc po ok. godzinie byłyśmy na miejscu. Razem z nami inni pasażerowie autobusu, w tym grupka Polek z dwójką dzieci.

Zwiedzanie Asyżu zaczęłyśmy od kierowania się w stronę centrum. Ukształtowanie powierzchni takie jak w Perugii, czyli cały czas pod górę. Temperatura upalna, więc momentalnie byłyśmy mokre. Ale pod wpływem pierwszego zachwytu pospacerowałyśmy ok. 1,5 godziny po czym udałyśmy się do punktu informacji po mapę i znalazłyśmy restaurację. Ja zamówiłam pizzę, a Ceren caprese. Moja pizza numer 2 we Włoszech, nie była tak dobra jak ta w Perugii. Aczkolwiek miasteczko mimo że malutkie,  to o wiele więcej restauracyjek klimatycznych i mimo wszystko więcej uliczek do schodzenia.

Miałyśmy jeszcze 4 godziny do zabicia więc zdecydowałyśmy się wdrapać na zamek, który za szczególny nie był, ale widoki z góry, po prostu zapierające dech w piersiach. Następnie przyszedł czas na bazylikę św. Franciszka, a potem zakup pamiątek i chodzenie po sklepikach pełnych różnych dupereli związanych z Asyżem, św. Franciszkiem, Pinokio, papieżami i innymi różnościami.

Ok. 16, czyli godzinę wcześniej udałyśmy się w okolice przystanku, z którego miałyśmy wziąć autobus do Perugii. I rozpętała się ulewa. Schowałyśmy się pod wiatą przystanku, aż tu nagle dołączyło do nas kilkunastu tubylców – dzieci, dorosłych, kobiet, mężczyzn. Sytuacja była komiczna, gdyż siedziałyśmy na ławce, a obok nas stali ściśnięci Włosi, żartujący z całej sytuacji. Po chwili, …zaczęli sobie śpiewać. I tak przez kilka minut. Po ok. pół godzinie nasi towarzysze nas opuścili, bo zelżał nieco deszcz. Przeczekałyśmy na przystanku ostatnie pół godziny i wsiadłyśmy padnięte i pełne wrażeń na siedzenia.

Na siedzeniach za mną, usiadły dwie Polki, które jechały razem z nami z Perugii. Panie, jedna starsza, koło 60. druga młodsza, koło 40. Oczywiście narzekały na polską służbę zdrowia, druga zdradzała szczegóły porodu kolejnego dziecka, które zdecydowała się urodzić w prywatnej klinice, po rzeźni jaką przeżyła przy pierwszym porodzie jak lekarz wyciskał z niej dziecko. Nie skomentuję tego faktu. Wszystko mówi samo za siebie. Oczywiście panie obgadywały podróżującą z nimi koleżankę, która siedziała nieco dalej. Poszło o to, że kupiła ona coś co podobało się jednej  z nich, tuż po tym jak ona to odłożyła na półkę, ale potem zdecydowała, że jednak to chce. Drugim zarzutem było to, że owa pani nie wiedziała co to jest sepia. Dla pań sepia to oczywiście kolor i były zdziwione jak tamta mogła tego nie wiedzieć. O ile ja się orientuję, a potwierdza mnie w tym wikipedia, sepia to efekt i technika najczęściej wykorzystywana w fotografii. Nie ma koloru sepia, ale  jest efekt sepii. Nie jestem artystą, więc może ja się mylę. Jestem jednak w 1000% pewna, że nie chciałabym podróżować z tymi paniami, jako moimi znajomymi.

Po powrocie do domu zbawienny prysznic. Odkrycie, ze schodzi mi teraz skóra z łopatek – bezcenne.
Jutro niedziela. Oczywiście kościół. Tym razem chyba wybiorę się do katedry, chociaż bardzo lubię ten kościół do którego chodziłam wcześniej. Pod domem w zasadzie też mam kościół, ale nie zorientowałam się w harmonogramie mszy. Resztę dnia poświęcę na włoski i pisanie listu motywacyjnego do ONZ. Kilka fotek z Asyżu.


 Żegnaj dniu numer 23. Wczoraj była pierwsza rocznica obrony mojej pracy licencjackiej.

















piątek, 19 lipca 2013

Day 22 - 19 lipca

W pracy nudy. O 10 było zebranie. Filippo, Mila, ja i 4 inne dziewczyny, które tak jak i ja będą tutorkami.

Jeśli chodzi o tutoring, to do moich zadań, o ile dobrze zrozumiałam, będzie należało głównie sprawdzanie listy obecności, kontrolowanie zachowania grupy podczas lekcji poza szkołą, m.in. podczas zwiedzania miasta czy wycieczek, służenie generalnie pomocą studentom i nauczycielom. Jako tutorki mamy też spotykać się z grupą na 3 godziny w tygodniu, żeby prowadzić konwersację. Ja jako tutor konwersacji w języku włoskim. Wolne żarty. Ale będzie ta druga dziewczyna więc nie będzie tak źle. Dostałyśmy wszystkie po dwie koszulki i plakietkę. Tak oto będę się prezentować. Zapewne koszulki będę mogła zachować, więc już i pamiątkę z uniwerku też mam. :)

Dostałyśmy wszystkie po dwie koszulki i plakietkę. Tak oto będę się prezentować. Zapewne koszulki będę mogła zachować, więc już i pamiątkę z uniwerku też mam.
Studentów przyjeżdża 49, podzieleni zostaną na 3 grupy. W poniedziałek mają test na wstępie, który podzieli ich na dwie grupy podstawowe i jedną zaawansowaną. Fajnie więc, bo w końcu zacznie się coś dziać. Będę miała szansę nawiązać nowe znajomości i poćwiczyć język mówiony w otoczeniu inne niż biurowe. Jestem ciekawa jak to wszystko będzie wyglądać. Na pewno przyszły tydzień przyniesie dużo zmian. Mam nadzieję, że będę więcej czasu spędzać jako tutor niż jako kołek w biurze. I że zmiany wyjdą mi tylko na dobre.

Oczywiście te cztery inne dziewczyny dostały teczki z informacjami na temat kursu, a dla mnie już nie przygotowali tych materiałów. Bosko.

I tak gwoździem dzisiejszego dnia jest to, że po zapytaniu Mili o to, czy istniałaby możliwość wzięcia kilku dni wolnego w sierpniu, usłyszałam odpowiedź negującą. Zasłaniała się warunkami programu Erasmus itp., ale moja obecność w biurze i tak nie jest rejestrowana w żaden sposób. Legły więc w gruzach moje plany podróżowania wraz ze znajomymi, kiedy przyjadą tutaj za dwa tygodnie. Najprawdopodobniej nie będę mieć też długiego weekendu, bo 15 sierpnia, czyli czwartek jest wolny tak w Polsce. Super. Po prostu super. Mila ze zdziwieniem przyjęła fakt, że nie mam włoskiego numeru telefonu. Po prostu, nie korzystam tutaj z telefonu w ogóle, poza opcją budzika. A roaming jest obecnie dość tani, więc nie widziałam sensu kupowania karty. Strasznie dziwne. Jedyne ustępstwo to fakt, że jak coś, to będę mogła przyjść sobie w poniedziałek na popołudnie do pracy, jeśli będę miała taką wolę. A wydawało mi się, że na początku stażu mówiła mi o tym, że jak będę chciała mieć wolne, to żebym im wcześniej tylko zgłosiła. Najwidoczniej coś źle zrozumiałam przecież.

Po zebraniu dostałam 3-4 zadania typu przynieś-wynieś-pozamiataj i nudziłam się do 13.30 kiedy to Mila wychodzą powiedziała mi, ze mogę iść do domu.

Poszłam więc dowiedzieć się o to, jak jutro mogę dostać się do Asyżu. Biorę więc autobus w obie strony. Mam nadzieję, że będzie dobra pogoda, bo tuż po moim powrocie dosyć solidnie się rozpadało. Ale teraz jest już w miarę OK, przynajmniej się nieco ochłodziło. Oczywiście minęłam się przed wejście do budynku z właścicielką, która odjeżdżała.

W drodze powrotnej spotkałam trzy Polki, które zwiedzały miasto i chciały sobie zrobić zdjęcie. Mówiły, że akurat nikt nie idzie, żeby im cyknąć fotkę, więc zagadałam po polsku, że chętnie zrobię zdjęcie. I fotkę zrobiłam. Panie były trochę zdziwione słysząc, że jestem rodaczką.

Dzisiaj jeszcze w planach zakupy i włoski. Muszę się uczyć wydajniej nowego słownictwa. Czuję jednak, że poprzez kontakt z innymi studentami zrobię szybszy progres w mówieniu. Rozmawianie z ludźmi w biurze dosyć mocno mnie blokuje i powoduje stres. Staram się wcześniej przygotować sobie w głowie wypowiedź, ale ciężko mi ze spontaniczną reakcją i odpowiedzią.

Tak więc cieszę się cudownym piątkowym popołudniem, z optymizmem patrzę w przyszłość i nic nie jest mi w stanie popsuć humoru, nawet ten brak wolnych dni.


Jutro Asyż. Musze więc wieczorem ogarnąć sobie plan zwiedzania.