niedziela, 30 czerwca 2013

Day 2 - 29 czerwca

Relację dnia wczorajszego piszę z jednodniowym opóźnieniem, ponieważ dziś już nastał kolejny dzień.
Jak więc minęła mi sobota? Leniwie.

Obudziłam się ok. 8 rano, poszperałam trochę więcej info o Perugii i w planach miałam udanie się na zakupy w celu upolowania pożywienia i ambrozji, czyli wina. Do serca wzięłam sobie szczególnie wzmianki o tym, jak to we Włoszech wszystkie sklepy są pozamykane w niedzielę.

Oczywiście grzebałam się niemiłosiernie, co w efekcie doprowadziło do tego, że chciałam wyjść z domu ok. 12.30. Krótka rozmowa z moją współlokatorką, dotycząca kwestii mieszkania typu papier toaletowy (nowe słówko: la carta igienica), proszek do prania (il detersivo), sztućców (le posate) i tym podobnych rzeczy dotyczących współdzielenia mieszkania. W efekcie otrzymałam zaproszenie na pastę, czyli mój pierwszy makaron we Włoszech.

Marielle, mam nadzieję, że dobrze piszę jej imię, zaprosiła swoje dwie koleżanki. W sumie do stołu zasiadło nas 5 dziewczyn, ja dwie współlokatorki (druga to Giulia, trzecia –Roberta, wraca za kilka dni) oraz dwie znajome.
Dziewczyny były bardzo miłe i przyjazne, trochę udało nam się porozmawiać przy moim ubogim włoskim. Okazało się, ze brat jednej z nich był na Erasmusie w Krakowie, a ona sama go odwiedziła i mówiła, że oboje byli zachwyceni. Oczywiście mówili jak to w Polsce tanio itp. Kolejny dowód na to, że świat jest jedną globalną wioską, w którym człowieka mieszkającego kilka tysięcy kilometrów od ciebie, de facto, możesz uważać za swojego sąsiada.
Sam obiad; na początek pasta – czyli makaron penne z sosem beszamelowym, odrobina startej marchewki i mięso mielone. Całkiem dobre połączenie. Dostała mi się największa porcja więc ostatkiem sil męczyłam pozostałe na moim talerzu rurki. Potem nadszedł czas na słynne il dolce – czyli coś małego i słodkiego na deser. W tym przypadku było to ciasto jogurtowe bez pieczenia wykonane przez Marielle. Wisienką na torcie była jednak mała aromatyczna kawa podana na koniec posiłku.

Tak więc wyglądał mój pierwszy włoski obiad. Dziewczyny zacięcie ze sobą rozmawiały na różne tematy, dotyczące egzaminów (one męczą się teraz z sesją), po tematykę omawiania wesela kuzynki, na którym był m.in. czteropiętrowy tort, który o mały włos a wylądowałby na ziemi. Tempo w jakim padały kolejne słowa było porównywalne z wystrzałami z kałasznikowa. Starałam się zrozumieć jak najwięcej, ale oceniam to na jakieś 15%. Jest więc nad czym pracować przez najbliższe miesiące, bo nic nie motywuje bardzie do nauki niż fakt, że nikt cię nie zrozumie po angielsku. W sumie mogłam spróbować po polsku, ale tutaj powodzenie komunikacji oceniam cytując słowa pewnej piosenki, czyli na „mniej niż zero”.

Po obiedzie wyszłam, w zasadzie wyturlałam się po raz pierwszy z mieszkania. Na początku oczywiście z wydrukowaną jeszcze w Polsce mapką ruszyłam w  stronę uniwersytetu, zobaczyć moje przyszłe miejsce pracy. Oczywiście już na samym początku zgubiłam się. W miarę szybko jednak ogarnęłam kierunki i misja zakończyła się sukcesem. To co uderzyło mnie już na początku, to fakt prawie absolutnego braku chodników. Nie ma się co dziwić, ulice z reguły są tak wąskie, ze nawet małe smarty mają problem, żeby kręcić zakręty. Respekt dla kierowców autobusów.

Poza tym, wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby tabliczki z nazwami ulic były na każdym skrzyżowaniu, a nie jedynie na początku i na końcu ulicy, co i tak nie zawsze się zdarza. Ale koniec końców, ogarnęłam i z tego się cieszę.

Później już intuicyjnie trafiłam do centrum. WOW! Naprawdę piękne. To miasto jest magicznym labiryntem położonym na wzgórzu, pełno jest małych wąskich uliczek, schodów pomiędzy jednym „pietrem „ zabudowań a drugim. Magiczne po prostu. Po drodze spotkałam kilkoro turystów więc to potwierdza jego niewątpliwe walory.

W efekcie wylądowałam w punkcie informacji turystycznej, aby zaopatrzyć się w profesjonalną mapę miasta. Wydatek 50 centów myślę, że był jednym z rozsądniejszych wydatków. Chciałam też nabyć miesięcznik „VIVA PERUGIA”, w którym opisane jest wszystko co dziać się będzie w mieście w bieżącym miesiącu. Pan jednak, z którym prowadziłam konwersację, PO WŁOSKU !!!, doradził mi, że nie ma sensu wydawanie 1 € na magazyn, który i tak jest już w zasadzie nieważny, bo jest koniec miesiąca. Przyznałam mu rację, a w efekcie dostałam za darmo jego egzemplarz do użytku własnego na potrzeby doradzania turystom. Chciałam też kupić przewodnik po Perugii, ale powiedziałam, ze preferuję wersję angielskojęzyczną. Na to on odparł, że powinnam sobie kupić oczywiście po włosku skoro sobie dobrze radzę z językiem. Przewodnika jednak nie kupiłam, bo nie wydał mi się wart 2,5€, ale obiecałam wrócić za jakiś czas, zanim wyjadę we wrześniu, po wersję włoskojęzyczną.
Potem, w drodze do domu, wdepłam do pobliskiego supermarketu Coop. Wybór produktów nie był zbyt duży, ale wiadomo, pierwsze zakupy w obcym kraju to zawsze duże przeżycie i ciekawe rzeczy praktyczne, które można zaobserwować, dotyczące prozy życia. Tak więc kupiłam kilka podstawowych rzeczy do jedzenia jak jogurty, bagietka, oliwki, mozarella, mieszankę rukoli i szpinaku, pomidory, owoce, gotowe produkty obiadowe – zupa warzywna w kartonie i opakowanie tortellini i trochę innych drobiazgów.

Obejrzałam w domu końcówkę meczu Agi Radwańskiej, chwilę odpoczęłam, porozmawiałam ze znajomymi przez internet i ok. 20.30 ruszyłam jeszcze raz, zobaczyć miasto wieczorem.
Spacerek był krótki, bo zaledwie godzinny, ale fajnie było usiąść w centrum, na słynnych schodach przy katedrze i zobaczyć ludzi pijących piwa i drinki zakupione w pobliskich lokalach. Nie chciało mi się wierzyć, jak koleżanka mówiła mi o tym, że w Italii można pić w miejscach publicznych. W Perugii picie alkoholu w centrum na schodach katedry to absolutny MUST.

Nie wiem czy miasto jest niebezpieczne czy nie, ale wolałam nie zapuszczać się w słabo oświetlone uliczki wiodące do nie wiadomo dokąd, i trzymałam się raczej głównych ulic. Jest trochę podejrzanych osobników w mieście, trochę pijaczków i trochę imigrantów z krajów arabskich, zgromadzonych w bliskiej odległości punktów serwujących kebaby i inne orientalne pyszności. Na razie podchodzę z dużą ostrożnością do eksploracji miasta porą wieczorową.


Kładąc się spać, miałam okazję posłuchać sąsiadów kłócących się piętro wyżej. Prawdziwa włoska rodzina. 
Tak oto zakończył się mój pierwszy pełny dzień w Perugii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz