niedziela, 8 września 2013

Day 73 - 8 wrześnai

Obudziłam się o 11. Mój stan nie był nawet najgorszy mimo wczorajszej konsumpcji alkoholu. O 11.30 zaliczyłam więc kościół, a potem… potem nastał kryzys.

Zjadłam obiad, tortellini do tego pesto, ser filafila (jest to w efekcie tani wyrób seropodobny przeznaczony na pizzę, ale mi odpowiada w zupełności) i starty ser pecorino. Najedzona zapadłam w sen popołudniowy. 
Ucięłam sobie kilkugodzinną drzemkę i powolutku, powolutku zebrałam się do wyjścia na spacer. Poszłam na lody. Znów. Do najlepszej lodziarni w mieście. Pan sprzedający zawsze żartuję jak zamawiam małe lody, w stylu, że dlaczego nie duże itp. Naprawdę, jest bardzo przekonujący, ale jeszcze nie uległam jego namowom. Potem delektowałam się cudownie zachodzącym słońcem i sielskim krajobrazem Perugii.
Do domu wróciłam z przewietrzonym umysłem. Zasiadłam przed kompem i co nieco dopisałam eseju. Jutro pozostanie mi go skończyć i nadać mu ostateczną formę. Ostateczny termin nadsyłania prac to 10 września.


Zostały mi 3 tygodnie w Perugii…

Day 72 - 7 września

Odpuściłam Spoleto. Zostałam w domu i rozpoczęłam mosiężne prace nad pisaniem eseju na pewien konkurs. Stawka jest dosyć znacząca: 5 tys. zł i sprzęt komputerowy. Mam nadzieję, że na pierwszą edycję konkursu nie napłynie zbyt wiele zgłoszeń i może uda mi się cichaczem zgarnąć główną stawkę. Kto nie próbuje ten nic nie ma. Ale napisanie eseju do 5 stron nie jest takie łatwe, szczególnie jeśli mieszkasz we Włoszech J

Wieczorem zaliczyłam wyjście. Ok. 21 nie było nikogo ze znajomych tutorów na schodach, ale na szczęście było kilkoro moich „dzieci” Polaków. Tak wiec dołączyłam się do nich, co by sama nie siedzieć i nie zapijać smutków, i też trochę żeby porozmawiać, dopytać czy wszystko OK itp.

Ok. 23 poszłam na chwilę do klubu przywitać się z Danilo, który był DJ tego wieczora. Niedługo potem spotkałam przelotnie Alonso i poznaną wczoraj parkę, a chwilę potem pojawiła się Francesca. Poszłyśmy do klubu potańczyć. Oczywiście znowu był jeden z nauczycieli, który prowadzi zajęcia ze studentami. Tańczyłyśmy dosłownie przed nim, ale nie wywiązała się żadna konwersacja. Ufff  Sytuacja i tak była, po raz kolejny, odrobinę niezręczna.


Potem, kiedy Danilo skończył pracę, a w raz z tym klub się zamykał, poszliśmy we czwórkę na kebab, ale tylko on zamawiał, bo był głodny po pracy. Francesca miała 2 litrową plastikową butelkę z winem, które pijemy zawsze jak się spotykamy. Można je kupić w jednym z barów typu ogródek. Wino jest białe, mocne i tanie. 2 litry za 6 euro. Poczęstowała pracujących Turków, a oni… w zamian dali nam trochę jedzenia – typu frytki, czy baklawa. Siedzieliśmy w lokalu z kebabami, piliśmy wino i jedliśmy jedzenie za darmo. Ja, Danilo, Francesca i jej współlokatorka Kiti i młodzi Turkowie pracujący w knajpie.  Potem, grubo po trzeciej odnalazł się Alonso. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na schodach i mniej więcej o 5.20 wylądowałam w domu. Znów nie doczekałam świtu.

piątek, 6 września 2013

Day 71 - 6 września

Dzisiaj wysłałam ostatnią z pocztówek. Taką mam przynajmniej nadzieję. Trochę się wykosztowałam na tą okoliczność, ale i tak napisanie czegoś w miarę mądrego i normalnego na kartkach było najtrudniejsze.

Rano poszłam zahaczyć też o biuro, zostawiłam listę obecności studentów z wczoraj, moją i Vanessy. 
Wzięłam nowy grafik, na przyszłe dwa tygodnie. I nie podoba mi się on wcale. Głównie za sprawą tego, że.. bardzo mało pracuję. W przyszłym tygodniu wolny piątek, za dwa tygodnie wolny poniedziałek i piątek. NIEEEEE!!! To jest mój ostatni miesiąc we Włoszech, moje ostatnie 3 tygodnie w Perugii, ja chcę być z moimi studentami, a przede wszystkim z innymi tutorami. W końcu odżyło moje życie towarzyskie, po mniej więcej dwóch miesiącach. Dlaczego więc nie mogę zostać tutaj jeszcze trochę, dlaczego???

Dostałam też nowy przydomek. Moi znajomi nazwali mnie una spugnietta, czy zdrobniała forma od una spugna –gąbka,  osoba, która chłonie alkohol. Nauczyłam Vanessę polskiego odpowiednika tego słowa, czyli „gąbeczka”. Teraz co jakich czas pisze mi lub mówi mi tonem pytającym ‘gombecka” heheh

Oczywiście dzień bez właścicielki, dniem straconym. Powiedziałam jej, że od 3 dni zlew jest zapchany na amen,, że próbowałyśmy już środki typu „kret” i inne. Odparła, ze poprosi syna, aby zajrzał i to przeczyścił. Wzięłam się wcześniej nieświadoma tego co nadciąga za sprzątanie łazienki. Potem nastąpiła całkowita okupacja łazienki przez koleżankę właścicielki, która dziś przyprowadziła jeszcze jedną swoją koleżankę, aby obejrzała sobie, jak wygląda mieszkanie po malowaniu. A ja się pytam, kim ja jestem? Małpą w ZOO. Zapomniałam już co to jest prywatność. A praca jaką włożyłam w wysprzątanie łazienki okazała się być jak krew w piach. Na próżno.

W emocjach więc, i z konieczności, bo nie mogłam skorzystać z łazienki i nie chciałam się prosić o możliwość udostępnienia mi jej na czas oddawania moczu, udałam się do centrum na lody. Wybór padła jak zwykle na Gambrinusa, najlepszą gelaterię w mieście. Potem, na schodach, spotkałam Alonso z dwójką znajomych – parą Włochów, chłopak i dziewczyna. Oboje studiują w Perugii, a chłopak pracował wcześniej razem z Alonso jako tutor w styczniu/lutym.  Bardzo mili. Strasznie fajnie się rozmawiało. Tak, dokładnie, rozmawiało się J Przy piwku. Ale wróciłam do domu w miarę jak na mnie wcześnie, bo przed 22, czyli normalnie o tej godzinie wychodzi się na miasto. Ale jutro sobota, trzeba się ruszyć poza Perugię.


Spoleto, sono in arrivo!

Day 70 - 5 września

Obudziłam się o 10 rano. Z bólem gł0owy i mdłościami. Nie miałam siły podnieść się z łóżka. Wypiłam trochę wody, po czym wymiotowałam. Niepotrzebnie zmieszałam wczoraj wino białe i czerwone. I wyszło jak wyszło. Z lekkim przerażeniem obserwowałam jak mija czas, a moje samopoczucie się nie poprawia. Jakimś cudem udało mi się zebrać samej w sobie i ruszyć do pracy na 14.45. Razem z Vanessą i dwoma grupami miałyśmy do zaliczenia wycieczkę do Bevagni. Na szczęście nie było mi niedobrze w autokarze, a z każdą chwilą czułam się lepiej. Wszystko poszło jak z płatka. A 7 godzin nawet zleciało.


Potem z Vanessą zostałyśmy w centrum. Dołączył do nas Danilo, Othon i Francesca. Ok. 1.30 zabrałam się z Vanessą autem do domu, bo nie byłam w stanie spędzić kolejnej nocy w centrum.

Dzień 69 - 4 września

Środa. Z perspektywy czasu niewiele już pamiętam z tego dnia. Na pewno zrobiłam z jedną grupą wycieczkę po centrum. Potem wyszłam na miasto, tak jak tydzień wcześniej. Byłam ja, Othon i Danilo, który puszczał muzykę w klubie Ferrari. Wytańczyłam się z Othonem i innymi studentami, którzy zaczynają kurs. Było super. Dosyć mocno się wstawiłam. Do domu wróciłam znów o 4.20. Tyle w telegraficznym skrócie.

wtorek, 3 września 2013

Day 68 - 3 września

Ciekawy dzień w pracy. Były dzisiaj egzaminy ustne więc czas leciał bardzo szybko. Wszystko się zaczęło o 9 rano i mniej więcej o 12.30 było już po wszystkim. Udało się przepytać wszystkich studentów, prawie 200 sztuk!!!

Razem z innymi tutorami poszliśmy na stołówkę na obiad. Alonso podzielił się ze mną obiadem w związku z czym nie musiałam płacić J Potem leżeliśmy na ławkach i wygłupialiśmy się, aż do 14.45. O 15 wróciły „nasze dzieci” i wręczyliśmy im plan zajęć z podziałem na grupy, odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania.

Po drodze do domu spotkałam grupkę studentów z Polski, którzy jutro zaczynają lekcje, więc chwilę się zatrzymałam i tym sposobem dotarłam do domu po 18. A w domu… Remont. Kuchnia niedostępna, w zlewie w łazience jezioro. Brak mi słów.

Wczoraj wysłałam aplikację do IBM, o 22.30. Na stanowisko Junior Accountant z angielskim i włoskim. Typowe stanowisko najniższego szczebla, najgorsze klepanie cyfr chyba jakie może być. Dziś już oddzwonili o 15. Jutro rano mam rozmowę telefoniczną z panią z HR i managerem.

Jutro też spacer po mieście z pierwszą grupą. Na nieszczęście z grupą początkująca, więc nieboraki nie bardzo będą wiedzieć o co kaman.


Koleżanka z pracy, Vanessa, zaprosiła mnie na weekend do siebie do domu. Do Toskanii. 21-22 sierpnia J

poniedziałek, 2 września 2013

Day 67 - 2 września

OOOOOOO RANY. Az tyle ich przyjechało, tzn. nowych studentów. Kilkoro się nie pojawiło, pojedyncze osobniki dojadą jutro, pogłębiając przy tym zamieszanie, bo wszyscy dziś napisali już egzamin pisemny, a jutro mamy egzaminy ustne. No ale niech będzie. Mnóstwo Polaków i Polek. Cały czas słyszę polski, mówię po polsku, odpowiadam na pytania po polsku. Ale jutro basta. Będę mówić przynajmniej po angielsku. Wystarczy.

Nie czuję się dziś najlepiej. Generalnie na koniec pracy zaczęło mnie już boleć gardło od mówienia i tłumaczenia. Teraz doszedł ból kości i trochę się martwię, co to jutro będzie.

A poza tym, w pracy było nawet nie najgorzej. Coś się działo, ale bez przesady. Potem był bufet. Znów się najadłam nieprzyzwoicie. Ale wszystko takie pyszne było!

Popołudniu zaczęła się okupacja mieszkania. Właścicielka i jej znajoma malują kuchnię, na kilka kolorów. Jest 21 i nie wygląda na to, aby miały się zbierać. Kuchnia wyłączona z użytkowania, łazienka także, nie wspomnę o tym, że zapchany jest zlew w łazience, w którym stoi woda. No comments.

Wyszłam po południu na spacer po mieście, aby nie musieć na to patrzeć. Miałam cichą nadzieję, że może cudowną mocą, właścicielka i ta druga kobieta znikną, ale nie. Nie zniknęły. W mieście wybrałam się na gelato, czyli lody. Były fantastyczne i zimne, co zapewne nie przysłuży się mojemu gardłu. A takie oto obrazy zastałam w Perugii. Była jakaś manifestacja pt. OCALMY PERUGIĘ – Salviamo Perugia, ale pani w pobliskiej księgarni nie była mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi w tym całym zamieszaniu.







Aha, znalazłam jeszcze na ulicy kartę biblioteczną jakiegoś studenta i odniosłam na policję. Pani policjantka przyjęła kartę  i spisała sobie moje dane. I tyle. Wątpię, aby próbowana  odszukać delikwenta. 

niedziela, 1 września 2013

Day 66 - 1 września: UPDATE

Pobudka, kościół, sprzątanie, pranie, robienie sałatki, opalanie, skype. Nic ciekawego. Właścicielka mieszkania siedzi od kilku godzin i coś tam dłubie. Znowu syf.


Biorę się za nieśmiałe przebieranie zdjęć sprzed dwóch tygodni. 

Aaaaa, zaczynam ostatni miesiąc!!!


Update: Zrobiłam update 18 sierpnia, czyli relacja z Wenecji. Mnóstwo zdjęć. Zdjęć z wczoraj, tych nieodwróconych na razie nie chce mi się poprawiać. Ale z Wenecją postarałam się, aby wszystko było OK.
WENECJA :)

Znowu głośno w mieszkaniu. Gwarno tzn. Słychać moją współlokatorkę przez ścianę. Prawdziwa Włoszka. heheh