Dzień wyjazdu zaczął się dla mnie na całe szczęście od
przespanej nocy, w odróżnieniu od nocy
poprzedniej. Wczorajszy dzień był dla mnie straszną nerwówką, ale jak
zawsze, tak i przed tym wyjazdem starałam się zachować poker face i trzymać
moje emocje wewnątrz. Udało mi się to całkiem nieźle.
Obecnie jest godzina 17.11. Zaledwie 10 godzin temu
podniosłam głowę od poduszki w moim domu, w moim skrzypiącym strrym rozkładanym
łóżku, aby teraz, zaledwie po kilku godzinach siedzieć wygodnie w autobusie
zmierzającym z lotniska Rzym-Fiumicino do Perugii.
W ciągu niespełna dwóch
lat jest to już mój trzeci dłuższy wyjazd zagraniczny. Nie znaczy to
wcale, że tym razem wiedziałam dokładnie co ze sobą zabrać, jak się spakować,
czego się spodziewać. Każdy z krajów jest bowiem inny, tak więc i przygotowanie
musi być inne. Jedynie w zwijaniu ubrań w rulony, które potem ciasno układam w walizce, nie mam sobie równych. (według moje koleżanki Agnieszki jest to wypróbowany sposób, w jaki pakują swoje walizki stewardessy).
Oczywiście wczorajsze popołudnie spędziłam na kalibrowaniu
ciężaru moich walizek, wymyślaniu potencjalnych wymówek, dlaczego moje walizki
– zarówno duża jak i ta, która stanowi mój bagaż podręczny, są za ciężkie.
Pierwszy zabieg udał się doskonale, w związku z czym druga część była dziś już
zbyteczna przy robieniu baggage drop off na lotnisku.
O ósmej rano wyruszyłam z rodzicami najpierw do Radomska,
gdzie nastąpiła zmiana w składzie personalnym mojego komitetu pożegnalnego,
gdyż mamę zastąpił mój starszy brat. Po mniej więcej trzech godzinach od
wyjazdu z domu dotarliśmy – ja, tata i mój brat, na lotnisko w Balicach.
Lotnisko krakowskie lubię głównie dlatego, że jest małe i
skompresowane. Odprawa bagażu wraz z security check nie zajmuje mi nigdy więcej
niż 20-30 minut. Pozytywnym zaskoczeniem było tym razem to, że na lotnisku jest
nielimitowany bezpłatny internet – rzecz, z którą nie spotkałam się do tej pory
na żadnym innym porcie lotniczym w Europie i Stanach Zjednoczonych. Kraków
rules, wiadomo J
Lot do Rzymu był szybki i całkiem przyjemny. Przy takiej
ilości podróżujących ze mną księży, wiedziałam że opaczność czuwa i włos mi z
głowy nie spadnie w czasie lotu J
Niemiłą niespodzianką było to, że za wzięcie wózka, na którym można położyć
sobie walizkę trzeba było zapłacić dwa euro. Zazwyczaj wózków jest pełno na
lotniskach i są za darmo. Spasowałam więc tym razem. Poza tym nie miałam drobnych, a nie
wiem czy maszyna przyjmowała karty. Za dużo zachodu, na tym Zachodzie.
Pierwsze słowa po włosku wypowiedziałam do witającej mnie na
pokładzie Alitalii lot nr 489 załogi. Pierwszy prawdziwy trening miał miejsce
po odebraniu walizek, kiedy gorączkowo szukałam przystanku autobusów
dalekobieżnych, z którego miałam wziąć autobus do Perugii. Zapytałam najpierw
kogoś z obsługi lotniska, po czym panią w okienku informacji, a na końcu
kilkoro podróżnych na dworcu.
Satysfakcja z tego, ze udało mi się dogadać +1 000 do zajebistości.
Ujawniła się jednak w 100% moja skłonność do całkowitego kontrolowania
sytuacji, szczególnie kiedy jestem w nowym miejscu, stąd pytanie kilkorga ludzi
o to samo, tylko po to by zrobić doubble-check i mieć zupełną pewność, że stoję
w dobrym miejscu. Mam nadzieję, że trzy miesiące we Włoszech pozwolą mi nieco
powalczyć z byciem takim "control freak" i wrzucić czasem na luz, szczególnie
wtedy kiedy jest to wskazane, bo inaczej stres mnie zje w najbliższej
przyszłości i co najgorsze, jeszcze schudnę (co moim zdaniem po 5 miesiącach
spędzonych w Stanach jest obecnie wskazane) lub w najgorszym wypadku wpadnę w alkoholizm jako naturalną konsekwencję budowania bariery ochronną dla organizmu.
Kierowca autobusu, w którym obecnie się znajduję z wyglądu
jest typowym Włochem według standardów Środkowo-Europejskich. Już przybliżam
wygląd jegomościa: wzrost ok. 170 cm,
łysiutki, śniada cera, przystojny, kolczyk „ala diament” w uchu i wspaniały
akcent.
Jedno z pierwszych nowych słów po włosku, których się dziś
nauczyłam to il contante, czyli gotówka, po tym jak kierowca odmówił przyjęcia
mojej karty przy płaceniu za bilet.
Skontaktowałam się już z właścicielką mojego perugiańskiego
mieszkania, w którym będę miała swoją własną dziuplę. Poinformowałam ją o tym, iż nadciągam, i że
może się mnie spodziewać ok. 20.45. Kobieta jest całkiem sympatyczna i ma
odebrać mnie z przystanku i zawieść do mieszkania. Mam nadzieję, że jej intencje są szczere, a ja nie trafię
do burdelu.
Tymczasem rozkoszuję się włoskim słońcem, widokiem palem za
oknem i odtwarzam w pamięci widoki
lazurowego morza, które widziałam z okna samolotu. Autobus do Perugii jedzie przez Rzym, więc najlepsze podejrzewam, że zaraz się zacznie.
Update:
właśnie widziałam auto z tabliczką „KRZYSIEK” za
szybą. Jak się spodziewałam, nasi są wszędzie i nie trzeba było długo czekać,
aby dostrzec pierwsze oznaki polskich kolonizatorów.
A więc Rzym. Przejeżdżałam już obok kilku starych budynków,
zapewne liczących sobie kilka setek jak nie tysięcy lat. Jeden przypominał piętrowy
akwedukt, z łukowatymi sklepieniami. Jak do tej pory to co mnie uderza na ulicach, to zamiłowanie do małych samochodzików typu fiat 500, smart itp. oraz ilość osób
na skuterach i motorach, które zachowują
się zupełnie jak polscy rowerzyści – tu pojadą trochę po przejściu dla pieszych,
tu na czerwonym świetle zaczną wyprzedzać auta lawirując między nimi. Ma to
swój urok. Nie powiem, że nie.
Szczególnie eleganccy panowie w garniakach śmigający na skuterkach oraz
panieneczki w szpileczkach i spieszący się gdziekolwiek tam sobie jadą, bo po
chmurach oceniam, ze szanse na deszcz w najbliższym czasie są dość spore.
Jak do tej pory, zaskoczyła mnie dość spora liczba ludzi
stojących na skrzyżowaniach, na każdym mniej więcej po jednym ze szczotką-myjką
gotowych umyć stojącemu na czerwonym świetle kierowcy przednią szybę. Nie widziałam,
żeby mieli gdzieś informację o cenie usługi, więc zapewne co łaska. Po
wyglądzie owych osobników, podejrzewam ich o afrykańskie pochodzenie – zapewne
imigranci. Ciekawe czy walczą miedzy sobą o strefy wpływów, tzn. czy są lesze
lub gorsze skrzyżowania z punktu widzenia prowadzonej przez nich działalności
zarobkowej, zapewne nierejestrowanej na potrzeby tutejszego fiskusa. Na razie
na głowę bije ich mężczyzna, który w czasie czerwonego światła wparował na
środek ulicy i zaczął żonglować pałeczkami i piłką. Jak widać o mieszkańcach tego miasta można mówić
w samych superlatywach – przedsiębiorczy i pomysłowi. Zupełnie jak ja.
Serce rośnie jak się widzi, tak jak ja obecnie, stare
tramwaje, pełne ludzi, z pootwieranymi szybami – a więc nie tylko w krakowskiej
komunikacji miejskiej notorycznie nie działa klimatyzacja. Ciekawe tylko
czy śmierdzi J Generalnie ruch idzie dość
powoli, godziny popołudniowe – aktualnie 18.
20 minut postoju na stacji Roma Tiburtina. Toaleta na
lotnisku była w opłakanym stanie, ciekawe jak będzie wyglądać na stacji.
Haha nie wierzę. Powracają wspomnienia z zeszłorocznych
wojaży po Bałkanach. Toaleta na głównym dworcu autobusowym w
Rzymie, jak się domyślam, to… dziura w ziemi. Nie ma sedesu. Co kraj to
obyczaj. Tutaj zapewne chodzi o to, iż łatwiej utrzymać czystość, bo wystarczy przejechać mopem powierzchnię płaską, i to wszystko.
Oczywiście jak zwykle
zabłysnęłam również i tym razem. Nie wiedziałam jak uruchomić wodę w zlewie.
Szukałam fotokomórki, kurka, czegokolwiek. Po czym babeczki stojące za mną w
kolejce do mycia rąk mówią:" C’e’ il pedale!". No fakt, pod zlewem w ziemi był pedał,
który należało nacisnąć.
Autokar wypełnił się już całkiem nieźle. Chyba nie ma
wolnych miejsc. Marzenie o rozwaleniu się na dwóch siedzeniach przez resztę
drogi legło w gruzach.
Miasto jest zaśmiecone, jest trochę bezdomnych, a parkingi
pełne skuterów wyglądają niczym copy-paste z Holandii, z tą różnicą, że tam
pełne są one rowerów.
Zauważam, ze okna są albo wyposażone w żaluzje albo
okiennice.
W dalszej części mojej podróży mogłam zobaczyć słonce
pomieszane z deszczem, a potem piękną tęczę.
Moją uwagę przykuło to, że przed wjazdem na autostradę był
znak NO AUTOSTOP.
Podsumowanie dnia pierwszego: świat to jedna globalna wioska. Rano budzisz się w swoim własnym łóżku, by zasypiać tysiące kilometrów dalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz