sobota, 31 sierpnia 2013

Day 65 - 31 sierpnia

Pięknym oto akcentem zamykam kolejny miesiąc pobytu w Italii. Zostały 4 tygodnie pracy, 9 już za mną. Teraz czas naprawdę ucieka mi między palcami.

Zgodnie z planem wybrałam się dziś do Gubbio. O 7.50 wzięłam autobus i o 9.00 wylądowałam w tym cudownym średniowiecznym miasteczku, które wprost mnie zauroczyło. Jedną z największych atrakcji jest przejazd la funivia, czyli kolejką linową, która przez 6 minut wznosi cię w niebiosa pozwalając cieszyć oczy i duszę niesamowitym widokiem pięknego umbryjskiego pejzażu. Wjeżdża się nią na wzgórze, na którym jest klasztor i kościół, ale zwiedzanie nie było możliwe, gdyż obywała się tam ceremonia zaślubin.

Poza tym Gubbio ma bardzo fajny klimat. Rano byłam tam jedyną turystką, ale po południu nieco się zagęściło w wąskich uliczkach. Nie ma co więcej opisywać, zdjęcia i filmik mówią same za siebie.












































No tak,  część zdjęć niepoodwracana się załadowała :(

Ps. Wróciła chyba jedna z moich współlokatorek Włoszek, bo zobaczyłam podpisane jej imieniem rzeczy w zamrażalniku. Nie wiem czy Seda się już w 100% wyprowadziła, bo w lodówce i szafce ciągle jest jej jedzenie. Zobaczymy czy po nie wróci. Jeśli nie, to napiszę jej w tej sprawie wiadomość. Tymczasem, widząc ilość zdjęć z dzisiaj, wiem, ze uzupełnienie fotorelacji sprzed dwóch tygodni nie będzie łatwe. No ale jutro może coś się uda w tej sprawie zrobić, bo planów szczególnych nie mam.


Przy okazji dziś w Gubbio wysłałam dokumenty na uczelnię. Za jakiś czas będę się musiała zorientować, czy przesyłka dotarła.

piątek, 30 sierpnia 2013

Day 64 - 30 sierpnia

Dziś było trochę tego i owego, ale generalnie dzień kończę nieźle wkurzona.
Rano obudziłam się dość wcześnie. Co najmniej 2-3 godziny zajęło mi ogarnięcie dokumentów do stypendium, które muszę wysłać do Polski na uczelnię. Wybiegłam z domu o 12.50 z nadzieją, że zastanę otwarty punkt ksero i pocztę. Obie „instytucje” mam niemalże pod nosem i są zlokalizowane obok siebie. Ksero było już zamknięte, ale obok znalazłam drugie otwarte. Wydrukowałam wniosek i poszłam na pocztę. O 12.57 pobrałam numerek, po czym zobaczyłam, że okienko i tak było już zamknięte. Nic więc w sumie nie załatwiłam. A poczta niby zamyka się o 13.35. Okienko pocztowe, czyli nie przeznaczone do przekazów pocztowych i innych rzeczy, być może o 13.00, ale come on, byłam tam o 12.57!

Lekko wkurzona na siebie i na pocztę, zabrałam się za obiad. Nic skomplikowanego. Kluchy, sos pomidorowy, ser.

Potem godzinka opalania na balkonie i nieśmiałe próby nauki kilku słówek po włosku. Potem mecz Radwańskiej, szybki wypad do sklepu po małe zakupy i unikanie właścicielki przez resztę popołudnia. Oczywiście znowu pojawiła się w mieszkaniu, a jakże by inaczej. Tym razem sama. Malowała nieudolnie okno w łazience i coś tam w kuchni. Zostawiła taki niemiłosierny bałagan. Podłoga zachlapana farbą, bidet, toaleta, ściany, zlew, kurki w łazience i kuchni. Wszystko uwalone białą farbą emaliową. Do tego smród. Ciśnienie podniosło mi dodatkowo to, że do wycierania farby użyła gąbkę, którą zmywam naczynia. W ten sposób zostałam bez gąbki. Wkurzają mnie te jej przeróbki mieszkania, bo zostaje po nich gorszy syf i pełno zachlapań niż przed poprawkami. Wyciągnęłam pieniądze z bankomatu i zapłaciłam jej za wrzesień już. Wykorzystałam to, że była i mam nadzieję, że się szybko nie pojawi. A że się pojawi, to wiem. Na pewno wróci coś tam jeszcze malować. Niech tylko spróbuje coś robić w moim pokoju. Nieźle się naszorowałam paznokciami, aby jako tako doprowadzić chatę do porządku.

Seda się wyprowadza. Już zabrała prawie wszystkie swoje rzeczy. Została już tylko walizka i jedzenie, po  które pewnie wróci niebawem. Nie wiem jak długo będę sama w mieszkaniu dopóki nie wrócą dziewczyny – Giulia, Roberta, Marilena. Myślę, że za sprawą właścicielki nie będę narzekać na brak towarzystwa.


Decyzja zapadła. Jutro jadę do Gubbio. Mam nadzieję, ze autobusy kursują według tego rozkładu, który znalazłam na stronie. 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Day 63 - 29 sierpnia

Wróciłam do domu o 4 rano. Moje wieczorne wyjście na miasto trwało więc zaledwie 7 godzin, z czego minimum 3 spędziłam na parkiecie tańcząc.

Na początku nikogo nie było na schodach, więc kupiłam sobie piwo i już wkrótce zaczęli się schodzić studenci z kursu, a potem spotkałam Othona i po jakimś czasie dołączyła do nas Francesca, inna tutorka. Po tym jak skończyliśmy pić wino poszliśmy potańczyć do klubu, w którym Danilo – kolejny tutor, pracuje jako dj. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się dotrzymać tanecznego kroku Meksykanom i Włochom. Jedyną nieprzyjemną sytuacją było to, że doczepiali się do mnie goście o urodzie arabskiej. Jeden z nich mówił po polsku, coś mi opowiadał, ale niewiele z tego pamiętam i w sumie jak najszybciej chcę zapomnieć, bo przez to czułam się super niekomfortowo w klubie przez jakiś czas wiedząc, że gapi się na mnie. Ok. 2 nad ranem na parkiecie pojawił się jeden z nauczycieli, prof. Bozzo, którego inni tutorzy widują czasem na mieście bawiącego się ze studentami, a raczej najczęściej ze studentkami. Dla mnie był to już drugi raz kiedy spotkałam go wieczorem w centrum, ale pierwszy raz tak autentycznie w klubie. Facet jest generalnie miły, odrobinę dziwny, ale w sumie nie znam go prawie w ogóle.

Położyłam się spać o 4.30.  Budziłam się co jakiś czas, nie mogłam dobrze wypocząć. Po 8 zwlekłam się pod prysznic i poszłam do biura. Na szczęście mieliśmy dzisiaj do zrobienia tylko „welcome packi” więc praca nie wymagała zaangażowania mózgu. O 12.30 byłam wolna. Dzisiaj był ostatni dzień, kiedy pracowałam razem z Alexandrą. Pracowałyśmy w sumie w dwóch różnych pokojach, ale nie przyszła się pożegnać, ani nic. Nie byłyśmy blisko więc nie czuje się też urażona.


Po powrocie do domu zjadłam obiad – zrobiłam sałatkę, do tego kawałek pieczonego kurczaka, którego kupiłam 2 dni temu i poszłam spać. Od mniej więcej 14 do 18. W związku z tym potem rozespana snułam się już tylko po mieszkaniu i teraz zbieram się do spania. Dzięki wczorajszemu wieczorowi nauczyłam się kilku nowych słówek od znajomych, z którymi spędziłam wieczór: brilla czyli podchmielona, odpowiednik angielskiego tipsy i spugna, czyli „gąbka” – osoba, która wchłania każdą ilość alkoholu.

środa, 28 sierpnia 2013

Day 62 - 28 sierpnia

Hmmm ostatni dzień pracy z Marią, ostatni dzień ze studentami z grup sierpniowych.

Przyszłam nieco wcześniej do pracy, bo już po 11. Załapałam się więc na seminarium dla studentów dotyczące systemu edukacji wyższej we Włoszech, czyli jak funkcjonują tutejsze uniwerki. Przyznam, że system ten jest bardzo zbliżony do tego, z czym mamy do czynienia w Polsce.


O 12 rozpoczęło się wręczanie certyfikatów końcowych. Było bardzo zabawnie i radośnie. Na koniec wszyscy tutorzy coś powiedzieli od siebie, nawet ja. Podziękowałam studentom za czas wspólnie spędzony, dosłownie jedno – dwa zdania, ale stres był. W sumie było nas  trochę ponad 100 w sali – studenci, tutorzy, nauczyciele.
Potem kilka sesji fotograficznych i razem z innymi tutorami udaliśmy się na stołówkę, aby wspólnie zjeść obiad w pełnym, 10-osobowym składzie. Maria przyniosła wino i bez problemu mogliśmy sobie je otworzyć na stołówce uniwersyteckiej i wypić. LOL Moi włoscy znajomi zakosili nieco jedzenia dla jednego z tutorów, który już skończył studia i nie ma karty na stołówkę. Poza tym, studenci włoscy, którzy otrzymują stypendium nie musza płacić za posiłki, więc jest to naprawdę super. Ja płacę albo 2€ albo 4,5€ w zależności, czy biorę pasto ridotto czy pasto completo. Zazwyczaj jednak pasto ridotto, czyli „zredukowane” w stosunku do pasto completo, pozwala mi się nasycić, aż za bardzo.

Potem jeszcze kawa w barze z kilkoma tutorami i razem z Alonso udaliśmy się do biura, aby podrzucić parę dokumentów. Padnięta wróciłam do domu. Zamierzam jednak wieczorem wyjść na miasto. Mam nadzieję, że uda mi się spotkać z innymi tutorami i zapewne co poniektórymi studentami z kursu, którzy wyjeżdżają już z Perugii.

Dostałam też grafik na przyszły tydzień. Poniedziałek i wtorek to będzie istne piekło – rejestracja nowych studentów, których przyjeżdża niewiele ponad 200, egzaminy wstępne – część pisemna i część ustna rozbite na dwa dni. A potem środa wizyta w centrum miasta z jedną grupą, a w czwartek Bevagna z inną grupą. Piątek wolny na szczęście, ale wnioskuję, że będę tutorować dwóm grupom, więc w każdym tygodniu będą mnie czekać dwie „lekcje poza klasą”.

Tymczasem, do poniedziałku mogę się delektować błogim czasem i nie muszę sobie zaprzątać niczym myśli. Jutro tylko razem z piątką innych tutorów jesteśmy dwie godziny w biurze Erasmusa, żeby zapewne przygotować jakieś drobiazgi na przyjazd, a w zasadzie potop nowych studentów.


Dzisiaj po południu znowu w mieszkaniu pojawiła się właścicielka ze swoją znajomą, aby pomalować okna czy coś tam zrobić. Chwilę pogadałyśmy, spisałyśmy znowu liczniki, a w mieszkaniu śmierdzi farbą. Jutro zapewne wrócą kończyć malowanie. I tak w koło Macieju.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Day 61 - 27 sierpnia

Ciągle pada. Pogoda jest naprawdę podła. Rano sprawdziłam prognozę. Deszcz zapowiadali od 20. Nie wróciłam wiec do domu po parasolkę, a to był błąd jak się później okazało.
Ale od początku…

Dzisiaj był sądny dzień, dla moich studentów. Egzamin.
W drodze na uniwerek spotkałam 3 innych tutorów. Zachaczyliśmy o biuro i zabraliśmy potrzebne przed egzaminem dokumenty.

O 8.30 spotkałam się z profesorką, której miałam pomagać podczas egzaminu, Czekała już w sali. Druga z nauczycielek ze względu na lekcje przyszła spóźniona, pojawiła się więc w zasadzie już po tym jak skończyła się część pisemna, czyli ok. 11.30.

0 9.00 czternastka studentów rozpoczęła pisanie testu. W międzyczasie służyłam pomocą nauczycielce w kilku sprawach, trochę porozmawiałyśmy itp. Moi koledzy, tutorzy, przedstawiali ją jako diablicę, ale w efekcie dla mnie była super miła i bardzo przyjemnie mi się z nią współpracowało.

Według planu egzamin pisemny miał się skończyć o 12, a o 14 miał się zacząć egzamin ustny. Profesorka chciał jednak wszystko zrobić za jednym zamachem, tak więc udało jej się szybko sprawdzić testy i o 14.30 było już po wszystkim. Wyniki przefaksowałam do biura i udałam się do domu. Zadanie to było niełatwe, bo jakieś 20 minut przed końcem egzaminu rozpętała się straszna ulewa. Z nieba lała się ściana deszczu. Zmoknięta do suchej nitki (nawet bielizna) i przemarznięta dotarłam do domu, gdzie pierwszą rzeczą był gorący prysznic.

Teraz walczę z bólem zatok i czuję, ze odpokutuję za swoje lenistwo. Że też nie chciało mi się wrócić po parasolkę.

Leje dzisiaj w zasadzie całe popołudnie, z małymi przerwami. Teraz jest wręcz burza z grzmotami. W całych Włoszech generalnie jest chyba niezłe załamanie pogody. Dzisiaj nawet musieli zamknąć metro w Rzymie.
Tak więc przetrwałam długi i stresujący dzień przyprawiony jeszcze dla pikanterii soczystym zmoknięciem.

Z pozytywnych rzeczy – kupiłam po raz pierwszy wino w kartonie w rewelacyjnej cenie 1,49€ i muszę przyznać, ze jest całkiem OK. Na pewno nieco pozwoliło mi się rozgrzać i poprawiło mi humor. Do tego kilka pozytywnych słów od profesorki, z którą pracowałam dzisiaj plus pochlebne słowa od innej, i mimo wszystko DZIEŃ UWAŻAM ZA POZYTYWNIE ZAKRĘCONY!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Day 60 - 26 sierpnia

Niby tylko spędziłam 3 godziny w pracy, ale było niezłe zamieszanie.

Jedna ze studentek została okradziona, a w zasadzie jej mieszkanie. Zniknął jej komputer, pieniądze i inne wartościowe rzeczy. Nieprzyjemna sprawa.

Okazało się, że nasz skład się jeszcze wykruszy, bo Maria dostała się na jakiś staż w Rumunii i wyjeżdża na trzy miesiące. Zostaje nas więc 8 tutorów na 12 klas, na ponad 200 nowych studentów, którzy zawitają w poniedziałek do Perugii. Średnia ilość pracy przypadająca na tutora wzrasta więc do 150%. Jest to oczywiście mój subiektywny wskaźnik.

4 studentów przekroczyła maksymalną ilość dozwolonej absencji. Jutro egzamin, ciekawe jak to zostanie rozwiązane.

Jutro egzamin, trochę się stresuję, ale z drugiej strony to nauczyciele muszą odwalić całą robotę, ja mam im służyć pomocą. Jestem przypisana do mojej klasy, tej co zwykle, plus dwie nauczycielki. One będą prowadzić egzamin pisemny i ustny. Ja mam zapewne prosić do sali kolejne osoby, rozdać arkusze itp., itd. Oby wszystko poszło dobrze, bo jedna z nauczycielek jest dość specyficzna.


Zaprawdę, dziwny to był dzień. Stuknęło już 6 dyszek, 60 dni, ale na świętowanie winem przyjdzie czas jutro, po egzaminie. To będzie długi dzień. Dłuższy dla mnie niż dla studentów piszących egzamin końcowy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Day 59 - 25 sierpnia

Zgodnie z coniedzielną tradycją, także dzisiaj pobudkę o 8.30 zafundowały mi kościelne dzwony.
Niewiele się dziś działo, ale dzień generalnie pracowity. Nie udało mi się jednak po raz kolejny uzupełnić relacji z zeszłego tygodnia, za to nadrobiłam dzień wczorajszy. Załatwiłam też kilka innych rzeczy, które w nieskończoność odkładałam na potem: pranie pościeli, gruntowne sprzątanie pokoju itp.

Dziś chyba po raz pierwszy słońce było ledwo zauważalne. Cały dzień niebo zachmurzone, aż w końcu popadało. Potem rozpętała się burza z grzmotami, ale już się wszystko uspokoiło przed wieczorem. Lato przemija. Bez dwóch zdań.

Ugotowałam dziś na obiad dosyć dziwny twór: tortellini (reszta jaka zalegała mi w lodówce) z makaronem bucatini, moim ostatnim odkryciem. Z wyglądu przypomina spaghetti, ale z tą różnicą, że w środku ma dziurkę. Do tego pesto, mozarella, duuużo mozarelli i starty ser.



Dzisiejsza pogoda wywołała we mnie nostalgiczne poczucie tęsknoty za Krakowem, spotęgowane słuchaniem na youtube ‘Brackiej” i „Krakowa” w wykonaniu Myslowitz i M. Grechuty. Od kilku dni mam też jakby powoli dosyć włoskiego jedzenia. Do mojego menu wdarła się rutyna. Do życia z resztą też.


Najbliższy czas jednak to zmieni. We wtorek studenci mają egzamin końcowy. Druga tura opuści więc wkrótce Perugię. Za tydzień przyjeżdża trzecia  i ostatnia zarazem tura. Ponad 200 osób. No to będzie Sajgon w Perugii. Totalne multi-kulti. 12 grup, 9 tutorów, bo Alexandra wraca do Francji. Statystycznie na jednego tutora przypadać będzie … 133% pracy jaką mieliśmy do wykonania dotychczas. 

Day 58 - 24 sierpnia

Wszystko zgodnie z planem. Pobudka o 5.20. Mimo, ze wczoraj generalnie miałam deprechę i średnio chciało mi się jechać znowu na wojaże, to zwlokłam się z łóżka i poczłapałam na stację.

Pociąg już czekał na peronie, więc odetchnęłam. Po 40 minutach natychmiastowa przesiadka do innego składu, który stał na peronie obok i ok. 10 rano wylądowałam w Ankonie.

Poszłam się w stronę centrum, aby znaleźć informację turystyczną. Udało się bez problemu, dostałam mapę i wskazówki co jak i gdzie.

W ciągu 2 godzin obskoczyłam największe „atrakcje” Ankony, która sama w sobie wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Nie jest zbyt piękna, to typowe miasto portowe, o historii grecko-rzymskiej.
Ok. 13 wylądowałam więc w niedalekiej odległości od morza, w przypadku Ankony jest to Adriatyk. Miasto nie ma plaży z prawdziwego zdarzenia, ale jest jedno miejsce, na wybrzeżu, które jest wybetonowane i na które przybywają tubylcy, i nie tylko, w celu zasięgnięcia kąpieli słonecznych. Wybrzeże jest deptakiem, wybetonowanym, w niektórych miejscach jest kawałek kamienistej plaży i trochę parasolek. Dużo ludzi jednak tak jak i ja rozłożyło się na ręcznikach i korzystało z pogody, bez względu na niedogodności lub innymi słowy – brak wygód. Infrastruktura była jednak zupełnie w porządku –  toalety i kilka prysznicy, więc mimo małego dyskomfortu, na 3-4 godziny które miałam do dyspozycji,  było to całkiem fajne miejsce. Nie była to jednak piękna, piaszczysta plaża z muszelkami, a oddalone w niewielkiej odległości od portu wybrzeże.












Moją uwagę zwróciły… garaże, a w zasadzie coś na ich kształt ulokowane w tym miejscu. Włosi trzymają w nich bowiem łódki, mają tam lodówki, kuchenki, materace, lustra i inne rzeczy, niby domki letniskowe. Większość z nich była pootwierana, gdyż właściciele wypoczywali. Wielu z nich to starsi Włosi, którzy np. grali sobie przy stoliczkach w karty z sąsiadami z pobliskich „garaży”. Muszę przyznać, że pomysł na zagospodarowanie tego kawałka wybrzeża ktoś miał naprawdę przedni.







Powrót do domu też był bez ekscesów, pociągi o czasie więc nie było problemów. Potem powrót autobusem do domu. Autobus odjechał spóźniony spod stacji kolejowej, z powodów technicznych, a w drodze do domu miałam poważne wątpliwości, czy uda mi się tam dotrzeć, bo kierowca jest chyba niespełnionym rajdowcem i tak chciał nadgonić spóźnienie, że każdy zakręt jaki robiliśmy wzbudzał we mnie przerażenie.


Koniec końców, padnięta wróciłam do domu.