niedziela, 8 września 2013

Day 73 - 8 wrześnai

Obudziłam się o 11. Mój stan nie był nawet najgorszy mimo wczorajszej konsumpcji alkoholu. O 11.30 zaliczyłam więc kościół, a potem… potem nastał kryzys.

Zjadłam obiad, tortellini do tego pesto, ser filafila (jest to w efekcie tani wyrób seropodobny przeznaczony na pizzę, ale mi odpowiada w zupełności) i starty ser pecorino. Najedzona zapadłam w sen popołudniowy. 
Ucięłam sobie kilkugodzinną drzemkę i powolutku, powolutku zebrałam się do wyjścia na spacer. Poszłam na lody. Znów. Do najlepszej lodziarni w mieście. Pan sprzedający zawsze żartuję jak zamawiam małe lody, w stylu, że dlaczego nie duże itp. Naprawdę, jest bardzo przekonujący, ale jeszcze nie uległam jego namowom. Potem delektowałam się cudownie zachodzącym słońcem i sielskim krajobrazem Perugii.
Do domu wróciłam z przewietrzonym umysłem. Zasiadłam przed kompem i co nieco dopisałam eseju. Jutro pozostanie mi go skończyć i nadać mu ostateczną formę. Ostateczny termin nadsyłania prac to 10 września.


Zostały mi 3 tygodnie w Perugii…

Day 72 - 7 września

Odpuściłam Spoleto. Zostałam w domu i rozpoczęłam mosiężne prace nad pisaniem eseju na pewien konkurs. Stawka jest dosyć znacząca: 5 tys. zł i sprzęt komputerowy. Mam nadzieję, że na pierwszą edycję konkursu nie napłynie zbyt wiele zgłoszeń i może uda mi się cichaczem zgarnąć główną stawkę. Kto nie próbuje ten nic nie ma. Ale napisanie eseju do 5 stron nie jest takie łatwe, szczególnie jeśli mieszkasz we Włoszech J

Wieczorem zaliczyłam wyjście. Ok. 21 nie było nikogo ze znajomych tutorów na schodach, ale na szczęście było kilkoro moich „dzieci” Polaków. Tak wiec dołączyłam się do nich, co by sama nie siedzieć i nie zapijać smutków, i też trochę żeby porozmawiać, dopytać czy wszystko OK itp.

Ok. 23 poszłam na chwilę do klubu przywitać się z Danilo, który był DJ tego wieczora. Niedługo potem spotkałam przelotnie Alonso i poznaną wczoraj parkę, a chwilę potem pojawiła się Francesca. Poszłyśmy do klubu potańczyć. Oczywiście znowu był jeden z nauczycieli, który prowadzi zajęcia ze studentami. Tańczyłyśmy dosłownie przed nim, ale nie wywiązała się żadna konwersacja. Ufff  Sytuacja i tak była, po raz kolejny, odrobinę niezręczna.


Potem, kiedy Danilo skończył pracę, a w raz z tym klub się zamykał, poszliśmy we czwórkę na kebab, ale tylko on zamawiał, bo był głodny po pracy. Francesca miała 2 litrową plastikową butelkę z winem, które pijemy zawsze jak się spotykamy. Można je kupić w jednym z barów typu ogródek. Wino jest białe, mocne i tanie. 2 litry za 6 euro. Poczęstowała pracujących Turków, a oni… w zamian dali nam trochę jedzenia – typu frytki, czy baklawa. Siedzieliśmy w lokalu z kebabami, piliśmy wino i jedliśmy jedzenie za darmo. Ja, Danilo, Francesca i jej współlokatorka Kiti i młodzi Turkowie pracujący w knajpie.  Potem, grubo po trzeciej odnalazł się Alonso. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na schodach i mniej więcej o 5.20 wylądowałam w domu. Znów nie doczekałam świtu.

piątek, 6 września 2013

Day 71 - 6 września

Dzisiaj wysłałam ostatnią z pocztówek. Taką mam przynajmniej nadzieję. Trochę się wykosztowałam na tą okoliczność, ale i tak napisanie czegoś w miarę mądrego i normalnego na kartkach było najtrudniejsze.

Rano poszłam zahaczyć też o biuro, zostawiłam listę obecności studentów z wczoraj, moją i Vanessy. 
Wzięłam nowy grafik, na przyszłe dwa tygodnie. I nie podoba mi się on wcale. Głównie za sprawą tego, że.. bardzo mało pracuję. W przyszłym tygodniu wolny piątek, za dwa tygodnie wolny poniedziałek i piątek. NIEEEEE!!! To jest mój ostatni miesiąc we Włoszech, moje ostatnie 3 tygodnie w Perugii, ja chcę być z moimi studentami, a przede wszystkim z innymi tutorami. W końcu odżyło moje życie towarzyskie, po mniej więcej dwóch miesiącach. Dlaczego więc nie mogę zostać tutaj jeszcze trochę, dlaczego???

Dostałam też nowy przydomek. Moi znajomi nazwali mnie una spugnietta, czy zdrobniała forma od una spugna –gąbka,  osoba, która chłonie alkohol. Nauczyłam Vanessę polskiego odpowiednika tego słowa, czyli „gąbeczka”. Teraz co jakich czas pisze mi lub mówi mi tonem pytającym ‘gombecka” heheh

Oczywiście dzień bez właścicielki, dniem straconym. Powiedziałam jej, że od 3 dni zlew jest zapchany na amen,, że próbowałyśmy już środki typu „kret” i inne. Odparła, ze poprosi syna, aby zajrzał i to przeczyścił. Wzięłam się wcześniej nieświadoma tego co nadciąga za sprzątanie łazienki. Potem nastąpiła całkowita okupacja łazienki przez koleżankę właścicielki, która dziś przyprowadziła jeszcze jedną swoją koleżankę, aby obejrzała sobie, jak wygląda mieszkanie po malowaniu. A ja się pytam, kim ja jestem? Małpą w ZOO. Zapomniałam już co to jest prywatność. A praca jaką włożyłam w wysprzątanie łazienki okazała się być jak krew w piach. Na próżno.

W emocjach więc, i z konieczności, bo nie mogłam skorzystać z łazienki i nie chciałam się prosić o możliwość udostępnienia mi jej na czas oddawania moczu, udałam się do centrum na lody. Wybór padła jak zwykle na Gambrinusa, najlepszą gelaterię w mieście. Potem, na schodach, spotkałam Alonso z dwójką znajomych – parą Włochów, chłopak i dziewczyna. Oboje studiują w Perugii, a chłopak pracował wcześniej razem z Alonso jako tutor w styczniu/lutym.  Bardzo mili. Strasznie fajnie się rozmawiało. Tak, dokładnie, rozmawiało się J Przy piwku. Ale wróciłam do domu w miarę jak na mnie wcześnie, bo przed 22, czyli normalnie o tej godzinie wychodzi się na miasto. Ale jutro sobota, trzeba się ruszyć poza Perugię.


Spoleto, sono in arrivo!

Day 70 - 5 września

Obudziłam się o 10 rano. Z bólem gł0owy i mdłościami. Nie miałam siły podnieść się z łóżka. Wypiłam trochę wody, po czym wymiotowałam. Niepotrzebnie zmieszałam wczoraj wino białe i czerwone. I wyszło jak wyszło. Z lekkim przerażeniem obserwowałam jak mija czas, a moje samopoczucie się nie poprawia. Jakimś cudem udało mi się zebrać samej w sobie i ruszyć do pracy na 14.45. Razem z Vanessą i dwoma grupami miałyśmy do zaliczenia wycieczkę do Bevagni. Na szczęście nie było mi niedobrze w autokarze, a z każdą chwilą czułam się lepiej. Wszystko poszło jak z płatka. A 7 godzin nawet zleciało.


Potem z Vanessą zostałyśmy w centrum. Dołączył do nas Danilo, Othon i Francesca. Ok. 1.30 zabrałam się z Vanessą autem do domu, bo nie byłam w stanie spędzić kolejnej nocy w centrum.

Dzień 69 - 4 września

Środa. Z perspektywy czasu niewiele już pamiętam z tego dnia. Na pewno zrobiłam z jedną grupą wycieczkę po centrum. Potem wyszłam na miasto, tak jak tydzień wcześniej. Byłam ja, Othon i Danilo, który puszczał muzykę w klubie Ferrari. Wytańczyłam się z Othonem i innymi studentami, którzy zaczynają kurs. Było super. Dosyć mocno się wstawiłam. Do domu wróciłam znów o 4.20. Tyle w telegraficznym skrócie.

wtorek, 3 września 2013

Day 68 - 3 września

Ciekawy dzień w pracy. Były dzisiaj egzaminy ustne więc czas leciał bardzo szybko. Wszystko się zaczęło o 9 rano i mniej więcej o 12.30 było już po wszystkim. Udało się przepytać wszystkich studentów, prawie 200 sztuk!!!

Razem z innymi tutorami poszliśmy na stołówkę na obiad. Alonso podzielił się ze mną obiadem w związku z czym nie musiałam płacić J Potem leżeliśmy na ławkach i wygłupialiśmy się, aż do 14.45. O 15 wróciły „nasze dzieci” i wręczyliśmy im plan zajęć z podziałem na grupy, odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania.

Po drodze do domu spotkałam grupkę studentów z Polski, którzy jutro zaczynają lekcje, więc chwilę się zatrzymałam i tym sposobem dotarłam do domu po 18. A w domu… Remont. Kuchnia niedostępna, w zlewie w łazience jezioro. Brak mi słów.

Wczoraj wysłałam aplikację do IBM, o 22.30. Na stanowisko Junior Accountant z angielskim i włoskim. Typowe stanowisko najniższego szczebla, najgorsze klepanie cyfr chyba jakie może być. Dziś już oddzwonili o 15. Jutro rano mam rozmowę telefoniczną z panią z HR i managerem.

Jutro też spacer po mieście z pierwszą grupą. Na nieszczęście z grupą początkująca, więc nieboraki nie bardzo będą wiedzieć o co kaman.


Koleżanka z pracy, Vanessa, zaprosiła mnie na weekend do siebie do domu. Do Toskanii. 21-22 sierpnia J

poniedziałek, 2 września 2013

Day 67 - 2 września

OOOOOOO RANY. Az tyle ich przyjechało, tzn. nowych studentów. Kilkoro się nie pojawiło, pojedyncze osobniki dojadą jutro, pogłębiając przy tym zamieszanie, bo wszyscy dziś napisali już egzamin pisemny, a jutro mamy egzaminy ustne. No ale niech będzie. Mnóstwo Polaków i Polek. Cały czas słyszę polski, mówię po polsku, odpowiadam na pytania po polsku. Ale jutro basta. Będę mówić przynajmniej po angielsku. Wystarczy.

Nie czuję się dziś najlepiej. Generalnie na koniec pracy zaczęło mnie już boleć gardło od mówienia i tłumaczenia. Teraz doszedł ból kości i trochę się martwię, co to jutro będzie.

A poza tym, w pracy było nawet nie najgorzej. Coś się działo, ale bez przesady. Potem był bufet. Znów się najadłam nieprzyzwoicie. Ale wszystko takie pyszne było!

Popołudniu zaczęła się okupacja mieszkania. Właścicielka i jej znajoma malują kuchnię, na kilka kolorów. Jest 21 i nie wygląda na to, aby miały się zbierać. Kuchnia wyłączona z użytkowania, łazienka także, nie wspomnę o tym, że zapchany jest zlew w łazience, w którym stoi woda. No comments.

Wyszłam po południu na spacer po mieście, aby nie musieć na to patrzeć. Miałam cichą nadzieję, że może cudowną mocą, właścicielka i ta druga kobieta znikną, ale nie. Nie zniknęły. W mieście wybrałam się na gelato, czyli lody. Były fantastyczne i zimne, co zapewne nie przysłuży się mojemu gardłu. A takie oto obrazy zastałam w Perugii. Była jakaś manifestacja pt. OCALMY PERUGIĘ – Salviamo Perugia, ale pani w pobliskiej księgarni nie była mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi w tym całym zamieszaniu.







Aha, znalazłam jeszcze na ulicy kartę biblioteczną jakiegoś studenta i odniosłam na policję. Pani policjantka przyjęła kartę  i spisała sobie moje dane. I tyle. Wątpię, aby próbowana  odszukać delikwenta. 

niedziela, 1 września 2013

Day 66 - 1 września: UPDATE

Pobudka, kościół, sprzątanie, pranie, robienie sałatki, opalanie, skype. Nic ciekawego. Właścicielka mieszkania siedzi od kilku godzin i coś tam dłubie. Znowu syf.


Biorę się za nieśmiałe przebieranie zdjęć sprzed dwóch tygodni. 

Aaaaa, zaczynam ostatni miesiąc!!!


Update: Zrobiłam update 18 sierpnia, czyli relacja z Wenecji. Mnóstwo zdjęć. Zdjęć z wczoraj, tych nieodwróconych na razie nie chce mi się poprawiać. Ale z Wenecją postarałam się, aby wszystko było OK.
WENECJA :)

Znowu głośno w mieszkaniu. Gwarno tzn. Słychać moją współlokatorkę przez ścianę. Prawdziwa Włoszka. heheh

sobota, 31 sierpnia 2013

Day 65 - 31 sierpnia

Pięknym oto akcentem zamykam kolejny miesiąc pobytu w Italii. Zostały 4 tygodnie pracy, 9 już za mną. Teraz czas naprawdę ucieka mi między palcami.

Zgodnie z planem wybrałam się dziś do Gubbio. O 7.50 wzięłam autobus i o 9.00 wylądowałam w tym cudownym średniowiecznym miasteczku, które wprost mnie zauroczyło. Jedną z największych atrakcji jest przejazd la funivia, czyli kolejką linową, która przez 6 minut wznosi cię w niebiosa pozwalając cieszyć oczy i duszę niesamowitym widokiem pięknego umbryjskiego pejzażu. Wjeżdża się nią na wzgórze, na którym jest klasztor i kościół, ale zwiedzanie nie było możliwe, gdyż obywała się tam ceremonia zaślubin.

Poza tym Gubbio ma bardzo fajny klimat. Rano byłam tam jedyną turystką, ale po południu nieco się zagęściło w wąskich uliczkach. Nie ma co więcej opisywać, zdjęcia i filmik mówią same za siebie.












































No tak,  część zdjęć niepoodwracana się załadowała :(

Ps. Wróciła chyba jedna z moich współlokatorek Włoszek, bo zobaczyłam podpisane jej imieniem rzeczy w zamrażalniku. Nie wiem czy Seda się już w 100% wyprowadziła, bo w lodówce i szafce ciągle jest jej jedzenie. Zobaczymy czy po nie wróci. Jeśli nie, to napiszę jej w tej sprawie wiadomość. Tymczasem, widząc ilość zdjęć z dzisiaj, wiem, ze uzupełnienie fotorelacji sprzed dwóch tygodni nie będzie łatwe. No ale jutro może coś się uda w tej sprawie zrobić, bo planów szczególnych nie mam.


Przy okazji dziś w Gubbio wysłałam dokumenty na uczelnię. Za jakiś czas będę się musiała zorientować, czy przesyłka dotarła.

piątek, 30 sierpnia 2013

Day 64 - 30 sierpnia

Dziś było trochę tego i owego, ale generalnie dzień kończę nieźle wkurzona.
Rano obudziłam się dość wcześnie. Co najmniej 2-3 godziny zajęło mi ogarnięcie dokumentów do stypendium, które muszę wysłać do Polski na uczelnię. Wybiegłam z domu o 12.50 z nadzieją, że zastanę otwarty punkt ksero i pocztę. Obie „instytucje” mam niemalże pod nosem i są zlokalizowane obok siebie. Ksero było już zamknięte, ale obok znalazłam drugie otwarte. Wydrukowałam wniosek i poszłam na pocztę. O 12.57 pobrałam numerek, po czym zobaczyłam, że okienko i tak było już zamknięte. Nic więc w sumie nie załatwiłam. A poczta niby zamyka się o 13.35. Okienko pocztowe, czyli nie przeznaczone do przekazów pocztowych i innych rzeczy, być może o 13.00, ale come on, byłam tam o 12.57!

Lekko wkurzona na siebie i na pocztę, zabrałam się za obiad. Nic skomplikowanego. Kluchy, sos pomidorowy, ser.

Potem godzinka opalania na balkonie i nieśmiałe próby nauki kilku słówek po włosku. Potem mecz Radwańskiej, szybki wypad do sklepu po małe zakupy i unikanie właścicielki przez resztę popołudnia. Oczywiście znowu pojawiła się w mieszkaniu, a jakże by inaczej. Tym razem sama. Malowała nieudolnie okno w łazience i coś tam w kuchni. Zostawiła taki niemiłosierny bałagan. Podłoga zachlapana farbą, bidet, toaleta, ściany, zlew, kurki w łazience i kuchni. Wszystko uwalone białą farbą emaliową. Do tego smród. Ciśnienie podniosło mi dodatkowo to, że do wycierania farby użyła gąbkę, którą zmywam naczynia. W ten sposób zostałam bez gąbki. Wkurzają mnie te jej przeróbki mieszkania, bo zostaje po nich gorszy syf i pełno zachlapań niż przed poprawkami. Wyciągnęłam pieniądze z bankomatu i zapłaciłam jej za wrzesień już. Wykorzystałam to, że była i mam nadzieję, że się szybko nie pojawi. A że się pojawi, to wiem. Na pewno wróci coś tam jeszcze malować. Niech tylko spróbuje coś robić w moim pokoju. Nieźle się naszorowałam paznokciami, aby jako tako doprowadzić chatę do porządku.

Seda się wyprowadza. Już zabrała prawie wszystkie swoje rzeczy. Została już tylko walizka i jedzenie, po  które pewnie wróci niebawem. Nie wiem jak długo będę sama w mieszkaniu dopóki nie wrócą dziewczyny – Giulia, Roberta, Marilena. Myślę, że za sprawą właścicielki nie będę narzekać na brak towarzystwa.


Decyzja zapadła. Jutro jadę do Gubbio. Mam nadzieję, ze autobusy kursują według tego rozkładu, który znalazłam na stronie. 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Day 63 - 29 sierpnia

Wróciłam do domu o 4 rano. Moje wieczorne wyjście na miasto trwało więc zaledwie 7 godzin, z czego minimum 3 spędziłam na parkiecie tańcząc.

Na początku nikogo nie było na schodach, więc kupiłam sobie piwo i już wkrótce zaczęli się schodzić studenci z kursu, a potem spotkałam Othona i po jakimś czasie dołączyła do nas Francesca, inna tutorka. Po tym jak skończyliśmy pić wino poszliśmy potańczyć do klubu, w którym Danilo – kolejny tutor, pracuje jako dj. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się dotrzymać tanecznego kroku Meksykanom i Włochom. Jedyną nieprzyjemną sytuacją było to, że doczepiali się do mnie goście o urodzie arabskiej. Jeden z nich mówił po polsku, coś mi opowiadał, ale niewiele z tego pamiętam i w sumie jak najszybciej chcę zapomnieć, bo przez to czułam się super niekomfortowo w klubie przez jakiś czas wiedząc, że gapi się na mnie. Ok. 2 nad ranem na parkiecie pojawił się jeden z nauczycieli, prof. Bozzo, którego inni tutorzy widują czasem na mieście bawiącego się ze studentami, a raczej najczęściej ze studentkami. Dla mnie był to już drugi raz kiedy spotkałam go wieczorem w centrum, ale pierwszy raz tak autentycznie w klubie. Facet jest generalnie miły, odrobinę dziwny, ale w sumie nie znam go prawie w ogóle.

Położyłam się spać o 4.30.  Budziłam się co jakiś czas, nie mogłam dobrze wypocząć. Po 8 zwlekłam się pod prysznic i poszłam do biura. Na szczęście mieliśmy dzisiaj do zrobienia tylko „welcome packi” więc praca nie wymagała zaangażowania mózgu. O 12.30 byłam wolna. Dzisiaj był ostatni dzień, kiedy pracowałam razem z Alexandrą. Pracowałyśmy w sumie w dwóch różnych pokojach, ale nie przyszła się pożegnać, ani nic. Nie byłyśmy blisko więc nie czuje się też urażona.


Po powrocie do domu zjadłam obiad – zrobiłam sałatkę, do tego kawałek pieczonego kurczaka, którego kupiłam 2 dni temu i poszłam spać. Od mniej więcej 14 do 18. W związku z tym potem rozespana snułam się już tylko po mieszkaniu i teraz zbieram się do spania. Dzięki wczorajszemu wieczorowi nauczyłam się kilku nowych słówek od znajomych, z którymi spędziłam wieczór: brilla czyli podchmielona, odpowiednik angielskiego tipsy i spugna, czyli „gąbka” – osoba, która wchłania każdą ilość alkoholu.

środa, 28 sierpnia 2013

Day 62 - 28 sierpnia

Hmmm ostatni dzień pracy z Marią, ostatni dzień ze studentami z grup sierpniowych.

Przyszłam nieco wcześniej do pracy, bo już po 11. Załapałam się więc na seminarium dla studentów dotyczące systemu edukacji wyższej we Włoszech, czyli jak funkcjonują tutejsze uniwerki. Przyznam, że system ten jest bardzo zbliżony do tego, z czym mamy do czynienia w Polsce.


O 12 rozpoczęło się wręczanie certyfikatów końcowych. Było bardzo zabawnie i radośnie. Na koniec wszyscy tutorzy coś powiedzieli od siebie, nawet ja. Podziękowałam studentom za czas wspólnie spędzony, dosłownie jedno – dwa zdania, ale stres był. W sumie było nas  trochę ponad 100 w sali – studenci, tutorzy, nauczyciele.
Potem kilka sesji fotograficznych i razem z innymi tutorami udaliśmy się na stołówkę, aby wspólnie zjeść obiad w pełnym, 10-osobowym składzie. Maria przyniosła wino i bez problemu mogliśmy sobie je otworzyć na stołówce uniwersyteckiej i wypić. LOL Moi włoscy znajomi zakosili nieco jedzenia dla jednego z tutorów, który już skończył studia i nie ma karty na stołówkę. Poza tym, studenci włoscy, którzy otrzymują stypendium nie musza płacić za posiłki, więc jest to naprawdę super. Ja płacę albo 2€ albo 4,5€ w zależności, czy biorę pasto ridotto czy pasto completo. Zazwyczaj jednak pasto ridotto, czyli „zredukowane” w stosunku do pasto completo, pozwala mi się nasycić, aż za bardzo.

Potem jeszcze kawa w barze z kilkoma tutorami i razem z Alonso udaliśmy się do biura, aby podrzucić parę dokumentów. Padnięta wróciłam do domu. Zamierzam jednak wieczorem wyjść na miasto. Mam nadzieję, że uda mi się spotkać z innymi tutorami i zapewne co poniektórymi studentami z kursu, którzy wyjeżdżają już z Perugii.

Dostałam też grafik na przyszły tydzień. Poniedziałek i wtorek to będzie istne piekło – rejestracja nowych studentów, których przyjeżdża niewiele ponad 200, egzaminy wstępne – część pisemna i część ustna rozbite na dwa dni. A potem środa wizyta w centrum miasta z jedną grupą, a w czwartek Bevagna z inną grupą. Piątek wolny na szczęście, ale wnioskuję, że będę tutorować dwóm grupom, więc w każdym tygodniu będą mnie czekać dwie „lekcje poza klasą”.

Tymczasem, do poniedziałku mogę się delektować błogim czasem i nie muszę sobie zaprzątać niczym myśli. Jutro tylko razem z piątką innych tutorów jesteśmy dwie godziny w biurze Erasmusa, żeby zapewne przygotować jakieś drobiazgi na przyjazd, a w zasadzie potop nowych studentów.


Dzisiaj po południu znowu w mieszkaniu pojawiła się właścicielka ze swoją znajomą, aby pomalować okna czy coś tam zrobić. Chwilę pogadałyśmy, spisałyśmy znowu liczniki, a w mieszkaniu śmierdzi farbą. Jutro zapewne wrócą kończyć malowanie. I tak w koło Macieju.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Day 61 - 27 sierpnia

Ciągle pada. Pogoda jest naprawdę podła. Rano sprawdziłam prognozę. Deszcz zapowiadali od 20. Nie wróciłam wiec do domu po parasolkę, a to był błąd jak się później okazało.
Ale od początku…

Dzisiaj był sądny dzień, dla moich studentów. Egzamin.
W drodze na uniwerek spotkałam 3 innych tutorów. Zachaczyliśmy o biuro i zabraliśmy potrzebne przed egzaminem dokumenty.

O 8.30 spotkałam się z profesorką, której miałam pomagać podczas egzaminu, Czekała już w sali. Druga z nauczycielek ze względu na lekcje przyszła spóźniona, pojawiła się więc w zasadzie już po tym jak skończyła się część pisemna, czyli ok. 11.30.

0 9.00 czternastka studentów rozpoczęła pisanie testu. W międzyczasie służyłam pomocą nauczycielce w kilku sprawach, trochę porozmawiałyśmy itp. Moi koledzy, tutorzy, przedstawiali ją jako diablicę, ale w efekcie dla mnie była super miła i bardzo przyjemnie mi się z nią współpracowało.

Według planu egzamin pisemny miał się skończyć o 12, a o 14 miał się zacząć egzamin ustny. Profesorka chciał jednak wszystko zrobić za jednym zamachem, tak więc udało jej się szybko sprawdzić testy i o 14.30 było już po wszystkim. Wyniki przefaksowałam do biura i udałam się do domu. Zadanie to było niełatwe, bo jakieś 20 minut przed końcem egzaminu rozpętała się straszna ulewa. Z nieba lała się ściana deszczu. Zmoknięta do suchej nitki (nawet bielizna) i przemarznięta dotarłam do domu, gdzie pierwszą rzeczą był gorący prysznic.

Teraz walczę z bólem zatok i czuję, ze odpokutuję za swoje lenistwo. Że też nie chciało mi się wrócić po parasolkę.

Leje dzisiaj w zasadzie całe popołudnie, z małymi przerwami. Teraz jest wręcz burza z grzmotami. W całych Włoszech generalnie jest chyba niezłe załamanie pogody. Dzisiaj nawet musieli zamknąć metro w Rzymie.
Tak więc przetrwałam długi i stresujący dzień przyprawiony jeszcze dla pikanterii soczystym zmoknięciem.

Z pozytywnych rzeczy – kupiłam po raz pierwszy wino w kartonie w rewelacyjnej cenie 1,49€ i muszę przyznać, ze jest całkiem OK. Na pewno nieco pozwoliło mi się rozgrzać i poprawiło mi humor. Do tego kilka pozytywnych słów od profesorki, z którą pracowałam dzisiaj plus pochlebne słowa od innej, i mimo wszystko DZIEŃ UWAŻAM ZA POZYTYWNIE ZAKRĘCONY!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Day 60 - 26 sierpnia

Niby tylko spędziłam 3 godziny w pracy, ale było niezłe zamieszanie.

Jedna ze studentek została okradziona, a w zasadzie jej mieszkanie. Zniknął jej komputer, pieniądze i inne wartościowe rzeczy. Nieprzyjemna sprawa.

Okazało się, że nasz skład się jeszcze wykruszy, bo Maria dostała się na jakiś staż w Rumunii i wyjeżdża na trzy miesiące. Zostaje nas więc 8 tutorów na 12 klas, na ponad 200 nowych studentów, którzy zawitają w poniedziałek do Perugii. Średnia ilość pracy przypadająca na tutora wzrasta więc do 150%. Jest to oczywiście mój subiektywny wskaźnik.

4 studentów przekroczyła maksymalną ilość dozwolonej absencji. Jutro egzamin, ciekawe jak to zostanie rozwiązane.

Jutro egzamin, trochę się stresuję, ale z drugiej strony to nauczyciele muszą odwalić całą robotę, ja mam im służyć pomocą. Jestem przypisana do mojej klasy, tej co zwykle, plus dwie nauczycielki. One będą prowadzić egzamin pisemny i ustny. Ja mam zapewne prosić do sali kolejne osoby, rozdać arkusze itp., itd. Oby wszystko poszło dobrze, bo jedna z nauczycielek jest dość specyficzna.


Zaprawdę, dziwny to był dzień. Stuknęło już 6 dyszek, 60 dni, ale na świętowanie winem przyjdzie czas jutro, po egzaminie. To będzie długi dzień. Dłuższy dla mnie niż dla studentów piszących egzamin końcowy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Day 59 - 25 sierpnia

Zgodnie z coniedzielną tradycją, także dzisiaj pobudkę o 8.30 zafundowały mi kościelne dzwony.
Niewiele się dziś działo, ale dzień generalnie pracowity. Nie udało mi się jednak po raz kolejny uzupełnić relacji z zeszłego tygodnia, za to nadrobiłam dzień wczorajszy. Załatwiłam też kilka innych rzeczy, które w nieskończoność odkładałam na potem: pranie pościeli, gruntowne sprzątanie pokoju itp.

Dziś chyba po raz pierwszy słońce było ledwo zauważalne. Cały dzień niebo zachmurzone, aż w końcu popadało. Potem rozpętała się burza z grzmotami, ale już się wszystko uspokoiło przed wieczorem. Lato przemija. Bez dwóch zdań.

Ugotowałam dziś na obiad dosyć dziwny twór: tortellini (reszta jaka zalegała mi w lodówce) z makaronem bucatini, moim ostatnim odkryciem. Z wyglądu przypomina spaghetti, ale z tą różnicą, że w środku ma dziurkę. Do tego pesto, mozarella, duuużo mozarelli i starty ser.



Dzisiejsza pogoda wywołała we mnie nostalgiczne poczucie tęsknoty za Krakowem, spotęgowane słuchaniem na youtube ‘Brackiej” i „Krakowa” w wykonaniu Myslowitz i M. Grechuty. Od kilku dni mam też jakby powoli dosyć włoskiego jedzenia. Do mojego menu wdarła się rutyna. Do życia z resztą też.


Najbliższy czas jednak to zmieni. We wtorek studenci mają egzamin końcowy. Druga tura opuści więc wkrótce Perugię. Za tydzień przyjeżdża trzecia  i ostatnia zarazem tura. Ponad 200 osób. No to będzie Sajgon w Perugii. Totalne multi-kulti. 12 grup, 9 tutorów, bo Alexandra wraca do Francji. Statystycznie na jednego tutora przypadać będzie … 133% pracy jaką mieliśmy do wykonania dotychczas.