Obudziłam
się o 11. Mój stan nie był nawet najgorszy mimo wczorajszej konsumpcji
alkoholu. O 11.30 zaliczyłam więc kościół, a potem… potem nastał kryzys.
Zjadłam
obiad, tortellini do tego pesto, ser filafila (jest to w efekcie tani wyrób
seropodobny przeznaczony na pizzę, ale mi odpowiada w zupełności) i starty ser
pecorino. Najedzona zapadłam w sen popołudniowy.
Ucięłam sobie kilkugodzinną
drzemkę i powolutku, powolutku zebrałam się do wyjścia na spacer. Poszłam na
lody. Znów. Do najlepszej lodziarni w mieście. Pan sprzedający zawsze żartuję
jak zamawiam małe lody, w stylu, że dlaczego nie duże itp. Naprawdę, jest bardzo
przekonujący, ale jeszcze nie uległam jego namowom. Potem delektowałam się
cudownie zachodzącym słońcem i sielskim krajobrazem Perugii.
Do
domu wróciłam z przewietrzonym umysłem. Zasiadłam przed kompem i co nieco
dopisałam eseju. Jutro pozostanie mi go skończyć i nadać mu ostateczną formę.
Ostateczny termin nadsyłania prac to 10 września.
Zostały
mi 3 tygodnie w Perugii…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz