poniedziałek, 2 września 2013

Day 67 - 2 września

OOOOOOO RANY. Az tyle ich przyjechało, tzn. nowych studentów. Kilkoro się nie pojawiło, pojedyncze osobniki dojadą jutro, pogłębiając przy tym zamieszanie, bo wszyscy dziś napisali już egzamin pisemny, a jutro mamy egzaminy ustne. No ale niech będzie. Mnóstwo Polaków i Polek. Cały czas słyszę polski, mówię po polsku, odpowiadam na pytania po polsku. Ale jutro basta. Będę mówić przynajmniej po angielsku. Wystarczy.

Nie czuję się dziś najlepiej. Generalnie na koniec pracy zaczęło mnie już boleć gardło od mówienia i tłumaczenia. Teraz doszedł ból kości i trochę się martwię, co to jutro będzie.

A poza tym, w pracy było nawet nie najgorzej. Coś się działo, ale bez przesady. Potem był bufet. Znów się najadłam nieprzyzwoicie. Ale wszystko takie pyszne było!

Popołudniu zaczęła się okupacja mieszkania. Właścicielka i jej znajoma malują kuchnię, na kilka kolorów. Jest 21 i nie wygląda na to, aby miały się zbierać. Kuchnia wyłączona z użytkowania, łazienka także, nie wspomnę o tym, że zapchany jest zlew w łazience, w którym stoi woda. No comments.

Wyszłam po południu na spacer po mieście, aby nie musieć na to patrzeć. Miałam cichą nadzieję, że może cudowną mocą, właścicielka i ta druga kobieta znikną, ale nie. Nie zniknęły. W mieście wybrałam się na gelato, czyli lody. Były fantastyczne i zimne, co zapewne nie przysłuży się mojemu gardłu. A takie oto obrazy zastałam w Perugii. Była jakaś manifestacja pt. OCALMY PERUGIĘ – Salviamo Perugia, ale pani w pobliskiej księgarni nie była mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi w tym całym zamieszaniu.







Aha, znalazłam jeszcze na ulicy kartę biblioteczną jakiegoś studenta i odniosłam na policję. Pani policjantka przyjęła kartę  i spisała sobie moje dane. I tyle. Wątpię, aby próbowana  odszukać delikwenta. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz