piątek, 30 sierpnia 2013

Day 64 - 30 sierpnia

Dziś było trochę tego i owego, ale generalnie dzień kończę nieźle wkurzona.
Rano obudziłam się dość wcześnie. Co najmniej 2-3 godziny zajęło mi ogarnięcie dokumentów do stypendium, które muszę wysłać do Polski na uczelnię. Wybiegłam z domu o 12.50 z nadzieją, że zastanę otwarty punkt ksero i pocztę. Obie „instytucje” mam niemalże pod nosem i są zlokalizowane obok siebie. Ksero było już zamknięte, ale obok znalazłam drugie otwarte. Wydrukowałam wniosek i poszłam na pocztę. O 12.57 pobrałam numerek, po czym zobaczyłam, że okienko i tak było już zamknięte. Nic więc w sumie nie załatwiłam. A poczta niby zamyka się o 13.35. Okienko pocztowe, czyli nie przeznaczone do przekazów pocztowych i innych rzeczy, być może o 13.00, ale come on, byłam tam o 12.57!

Lekko wkurzona na siebie i na pocztę, zabrałam się za obiad. Nic skomplikowanego. Kluchy, sos pomidorowy, ser.

Potem godzinka opalania na balkonie i nieśmiałe próby nauki kilku słówek po włosku. Potem mecz Radwańskiej, szybki wypad do sklepu po małe zakupy i unikanie właścicielki przez resztę popołudnia. Oczywiście znowu pojawiła się w mieszkaniu, a jakże by inaczej. Tym razem sama. Malowała nieudolnie okno w łazience i coś tam w kuchni. Zostawiła taki niemiłosierny bałagan. Podłoga zachlapana farbą, bidet, toaleta, ściany, zlew, kurki w łazience i kuchni. Wszystko uwalone białą farbą emaliową. Do tego smród. Ciśnienie podniosło mi dodatkowo to, że do wycierania farby użyła gąbkę, którą zmywam naczynia. W ten sposób zostałam bez gąbki. Wkurzają mnie te jej przeróbki mieszkania, bo zostaje po nich gorszy syf i pełno zachlapań niż przed poprawkami. Wyciągnęłam pieniądze z bankomatu i zapłaciłam jej za wrzesień już. Wykorzystałam to, że była i mam nadzieję, że się szybko nie pojawi. A że się pojawi, to wiem. Na pewno wróci coś tam jeszcze malować. Niech tylko spróbuje coś robić w moim pokoju. Nieźle się naszorowałam paznokciami, aby jako tako doprowadzić chatę do porządku.

Seda się wyprowadza. Już zabrała prawie wszystkie swoje rzeczy. Została już tylko walizka i jedzenie, po  które pewnie wróci niebawem. Nie wiem jak długo będę sama w mieszkaniu dopóki nie wrócą dziewczyny – Giulia, Roberta, Marilena. Myślę, że za sprawą właścicielki nie będę narzekać na brak towarzystwa.


Decyzja zapadła. Jutro jadę do Gubbio. Mam nadzieję, ze autobusy kursują według tego rozkładu, który znalazłam na stronie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz