niedziela, 25 sierpnia 2013

Day 59 - 25 sierpnia

Zgodnie z coniedzielną tradycją, także dzisiaj pobudkę o 8.30 zafundowały mi kościelne dzwony.
Niewiele się dziś działo, ale dzień generalnie pracowity. Nie udało mi się jednak po raz kolejny uzupełnić relacji z zeszłego tygodnia, za to nadrobiłam dzień wczorajszy. Załatwiłam też kilka innych rzeczy, które w nieskończoność odkładałam na potem: pranie pościeli, gruntowne sprzątanie pokoju itp.

Dziś chyba po raz pierwszy słońce było ledwo zauważalne. Cały dzień niebo zachmurzone, aż w końcu popadało. Potem rozpętała się burza z grzmotami, ale już się wszystko uspokoiło przed wieczorem. Lato przemija. Bez dwóch zdań.

Ugotowałam dziś na obiad dosyć dziwny twór: tortellini (reszta jaka zalegała mi w lodówce) z makaronem bucatini, moim ostatnim odkryciem. Z wyglądu przypomina spaghetti, ale z tą różnicą, że w środku ma dziurkę. Do tego pesto, mozarella, duuużo mozarelli i starty ser.



Dzisiejsza pogoda wywołała we mnie nostalgiczne poczucie tęsknoty za Krakowem, spotęgowane słuchaniem na youtube ‘Brackiej” i „Krakowa” w wykonaniu Myslowitz i M. Grechuty. Od kilku dni mam też jakby powoli dosyć włoskiego jedzenia. Do mojego menu wdarła się rutyna. Do życia z resztą też.


Najbliższy czas jednak to zmieni. We wtorek studenci mają egzamin końcowy. Druga tura opuści więc wkrótce Perugię. Za tydzień przyjeżdża trzecia  i ostatnia zarazem tura. Ponad 200 osób. No to będzie Sajgon w Perugii. Totalne multi-kulti. 12 grup, 9 tutorów, bo Alexandra wraca do Francji. Statystycznie na jednego tutora przypadać będzie … 133% pracy jaką mieliśmy do wykonania dotychczas. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz