Zgodnie
z coniedzielną tradycją, także dzisiaj pobudkę o 8.30 zafundowały mi kościelne
dzwony.
Niewiele
się dziś działo, ale dzień generalnie pracowity. Nie udało mi się jednak po raz
kolejny uzupełnić relacji z zeszłego tygodnia, za to nadrobiłam dzień wczorajszy.
Załatwiłam też kilka innych rzeczy, które w nieskończoność odkładałam na potem:
pranie pościeli, gruntowne sprzątanie pokoju itp.
Dziś
chyba po raz pierwszy słońce było ledwo zauważalne. Cały dzień niebo
zachmurzone, aż w końcu popadało. Potem rozpętała się burza z grzmotami, ale
już się wszystko uspokoiło przed wieczorem. Lato przemija. Bez dwóch zdań.
Ugotowałam
dziś na obiad dosyć dziwny twór: tortellini (reszta jaka zalegała mi w lodówce)
z makaronem bucatini, moim ostatnim odkryciem. Z wyglądu przypomina spaghetti,
ale z tą różnicą, że w środku ma dziurkę. Do tego pesto, mozarella, duuużo
mozarelli i starty ser.
Dzisiejsza
pogoda wywołała we mnie nostalgiczne poczucie tęsknoty za Krakowem, spotęgowane
słuchaniem na youtube ‘Brackiej” i „Krakowa” w wykonaniu Myslowitz i M.
Grechuty. Od kilku dni mam też jakby powoli dosyć włoskiego jedzenia. Do mojego
menu wdarła się rutyna. Do życia z resztą też.
Najbliższy
czas jednak to zmieni. We wtorek studenci mają egzamin końcowy. Druga tura
opuści więc wkrótce Perugię. Za tydzień przyjeżdża trzecia i ostatnia zarazem tura. Ponad 200 osób. No
to będzie Sajgon w Perugii. Totalne multi-kulti. 12 grup, 9 tutorów, bo
Alexandra wraca do Francji. Statystycznie na jednego tutora przypadać będzie …
133% pracy jaką mieliśmy do wykonania dotychczas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz