Wszystko zgodnie z planem. Pobudka o 5.20. Mimo, ze wczoraj
generalnie miałam deprechę i średnio chciało mi się jechać znowu na wojaże, to
zwlokłam się z łóżka i poczłapałam na stację.
Pociąg
już czekał na peronie, więc odetchnęłam. Po 40 minutach natychmiastowa
przesiadka do innego składu, który stał na peronie obok i ok. 10 rano
wylądowałam w Ankonie.
Poszłam
się w stronę centrum, aby znaleźć informację turystyczną. Udało się bez
problemu, dostałam mapę i wskazówki co jak i gdzie.
W
ciągu 2 godzin obskoczyłam największe „atrakcje” Ankony, która sama w sobie
wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Nie jest zbyt piękna, to typowe miasto
portowe, o historii grecko-rzymskiej.
Ok.
13 wylądowałam więc w niedalekiej odległości od morza, w przypadku Ankony jest
to Adriatyk. Miasto nie ma plaży z prawdziwego zdarzenia, ale jest jedno miejsce,
na wybrzeżu, które jest wybetonowane i na które przybywają tubylcy, i nie tylko,
w celu zasięgnięcia kąpieli słonecznych. Wybrzeże jest deptakiem,
wybetonowanym, w niektórych miejscach jest kawałek kamienistej plaży i trochę
parasolek. Dużo ludzi jednak tak jak i ja rozłożyło się na ręcznikach i
korzystało z pogody, bez względu na niedogodności lub innymi słowy – brak wygód.
Infrastruktura była jednak zupełnie w porządku – toalety i kilka prysznicy, więc mimo małego
dyskomfortu, na 3-4 godziny które miałam do dyspozycji, było to całkiem fajne miejsce. Nie była to
jednak piękna, piaszczysta plaża z muszelkami, a oddalone w niewielkiej
odległości od portu wybrzeże.
Moją
uwagę zwróciły… garaże, a w zasadzie coś na ich kształt ulokowane w tym
miejscu. Włosi trzymają w nich bowiem łódki, mają tam lodówki, kuchenki,
materace, lustra i inne rzeczy, niby domki letniskowe. Większość z nich była pootwierana,
gdyż właściciele wypoczywali. Wielu z nich to starsi Włosi, którzy np. grali
sobie przy stoliczkach w karty z sąsiadami z pobliskich „garaży”. Muszę
przyznać, że pomysł na zagospodarowanie tego kawałka wybrzeża ktoś miał
naprawdę przedni.
Powrót
do domu też był bez ekscesów, pociągi o czasie więc nie było problemów. Potem
powrót autobusem do domu. Autobus odjechał spóźniony spod stacji kolejowej, z
powodów technicznych, a w drodze do domu miałam poważne wątpliwości, czy uda mi
się tam dotrzeć, bo kierowca jest chyba niespełnionym rajdowcem i tak chciał nadgonić
spóźnienie, że każdy zakręt jaki robiliśmy wzbudzał we mnie przerażenie.
Koniec
końców, padnięta wróciłam do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz