Wtorek. Wow. Dzień numer 40!
Rano nie robiłam nic, zupełnie nic. Przynajmniej nie kojarzę, abym
zrobiła coś produktywnego.
Oczywiście w najgorszym upale musiałam udać się do pracy, czyli o
13.30. 3 godzinki w tutor desk. Trochę jest zamieszania z tymi nowymi grupami,
bo zawsze coś się dzieje. Jakaś lekcja jest przełożona, a to nie ma sali, a to
to, a to tamto. Razem z Alonso przeorganizowaliśmy nieco nasze miejsce pracy w ostatnie
dwie godziny, aby zabić czas. Obecnie mamy w sumie 10 grup, 3 które zaczęły 22
lipca oraz 7 nowych od sierpnia. „Grupy lipcowe” jednak jutro mają egzamin
końcowy i w piątek ceremonię wręczenia dyplomów. Tak więc ten tydzień jest
trochę szalony, bo jedni odchodzą, a inni przychodzą.
Dziś mieli do mnie przyjechać owi znajomi, którzy w sobotę
wylądowali w Rzymie. Na szczęście tylko 3 osoby. Plan pierwotny zakładał ich
przyjazd w środę, jednak uległ on zmianie. Ostatecznie jednak nie zjawili się
dziś w Perugii. Teraz, wg aktualnych informacji jakie posiadam, mają przyjechać
w czwartek.
Na obiad ugotowałam po raz pierwszy tradycyjne włoskie gnocchi.
Czy takie tradycyjne, hmmm. Gnocchi kupiłam gotowe w supermarkecie, sos
pomidorowy też. Do tego trochę oliwek, świeża rukola i starty ser. Mmniam. Jak
u mamy. Tej włoskiej mammy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz