niedziela, 28 lipca 2013

Day 31 - 28 lipca

Niedziela. Nic się nie działo, ale wpis musi się pojawić. Wiadomo.

Pobudka skoro świt, za sprawą dzwonów pobliskiego kościoła o 8.30. Powoli staje się to moją rutyną coniedzielną heheh W ogóle, w niedzielę we Włoszech dzwony rozlicznych i rozsianych wszędzie kościołów biją jak najęte.

Kawka i potem kościół. Tym razem wybrałam się tutaj, bardzo blisko mnie, 1-2 minuty na nogach i muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało. Kościół mały, ale nawet sporo lokalnych mieszkańców było na mszy.

W domu zrobiłam 2 tury prania, na obiad tortellini. Tak, uwielbiam je i nie będę tego ukrywać. W Polsce już nie będą tak łatwo dostępne i tanie jak tutaj. Do tego pesto, starty ser i kawałek gorgonzoli. Pychota.
Potem z sukcesem udało mi się dokończyć aplikację do ONZ. Trochę „na odwal się” uzupełniłam brakujące informacje i kliknęłam na magiczny „SUBMIT”, a po chwili na mailu dostałam potwierdzenie złożenia aplikacji. Teraz czekanie. Na coś lub na nic. Nawet to „nic” ma być potwierdzone uprzejmym mailem, mówiącym, że nic z tego.

Moje zmęczenie walką z upałem zmusiło mnie do wyjścia z domu i zakupienia opakowania lodów o smaku tiramisu i paczki ciastek. Tak więc zrobiłam sobie mieszankę lodów i ciastek. Bomba kaloryczna, ale przypływ euforii i ochłoda były mi niezbędne.

Na koniec obejrzałam sobie po raz pierwszy klasykę kina włoskiego, „La dolce vita” i na koniec miałam ochotę się popłakać. Początek filmu wydał mi się średni, sam film też miał lepsze i gorsze momenty, ale sam pomysł w jaki przedstawiony został przez Guido obóz koncentracyjny, był jednocześnie komiczny i tragiczny, słodko-gorzki. Zdecydowanie film polecam.

Udaję się za chwilę w objęcia Morfeusza. Jutro zaczynam pracę dopiero o 15, ale oznacza to, że mniej więcej o 14.30, czyli w szczycie upału będę musiała wyjść z domu, aby dotrzeć na kampus. 2 godziny pracy i 2 godziny zajęć.


Zaczynam już czwartą dziesiątkę mojego pobytu w Italii. Szaleństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz