Niedziela.
Nic się nie działo, ale wpis musi się pojawić. Wiadomo.
Pobudka
skoro świt, za sprawą dzwonów pobliskiego kościoła o 8.30. Powoli staje się to
moją rutyną coniedzielną heheh W ogóle, w niedzielę we Włoszech dzwony
rozlicznych i rozsianych wszędzie kościołów biją jak najęte.
Kawka i
potem kościół. Tym razem wybrałam się tutaj, bardzo blisko mnie, 1-2 minuty na
nogach i muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało. Kościół mały, ale nawet
sporo lokalnych mieszkańców było na mszy.
W domu
zrobiłam 2 tury prania, na obiad tortellini. Tak, uwielbiam je i nie będę tego
ukrywać. W Polsce już nie będą tak łatwo dostępne i tanie jak tutaj. Do tego
pesto, starty ser i kawałek gorgonzoli. Pychota.
Potem z
sukcesem udało mi się dokończyć aplikację do ONZ. Trochę „na odwal się”
uzupełniłam brakujące informacje i kliknęłam na magiczny „SUBMIT”, a po chwili
na mailu dostałam potwierdzenie złożenia aplikacji. Teraz czekanie. Na coś lub
na nic. Nawet to „nic” ma być potwierdzone uprzejmym mailem, mówiącym, że nic z
tego.
Moje
zmęczenie walką z upałem zmusiło mnie do wyjścia z domu i zakupienia opakowania
lodów o smaku tiramisu i paczki ciastek. Tak więc zrobiłam sobie mieszankę
lodów i ciastek. Bomba kaloryczna, ale przypływ euforii i ochłoda były mi
niezbędne.
Na koniec
obejrzałam sobie po raz pierwszy klasykę kina włoskiego, „La dolce vita” i na koniec miałam ochotę się popłakać. Początek filmu wydał mi
się średni, sam film też miał lepsze i gorsze momenty, ale sam pomysł w jaki
przedstawiony został przez Guido obóz koncentracyjny, był jednocześnie komiczny
i tragiczny, słodko-gorzki. Zdecydowanie film polecam.
Udaję się
za chwilę w objęcia Morfeusza. Jutro zaczynam pracę dopiero o 15, ale oznacza
to, że mniej więcej o 14.30, czyli w szczycie upału będę musiała wyjść z domu,
aby dotrzeć na kampus. 2 godziny pracy i 2 godziny zajęć.
Zaczynam już czwartą dziesiątkę mojego pobytu w Italii. Szaleństwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz