Kolejny dzień w pracy, który upłynął mi na totalnej
nudzie. Po prostu nic a nic się nie działo. Skserowanie kilku stron,
zaniesienie dokumentów, coś tam do wklepania. Dramat. O 13.30 na szczęście było
po wszystkim.
Mama mi mówi, żebym się cieszyła, że nie mam nic do
roboty, bo jeszcze się w życiu napracuję. Ja jednak mam nieco inne podejście do
tej kwestii. Czas przesiedziany, to czas nieodwrotnie stracony.
Po południu tylko gotowanie pasty. Tym razem z
mozarellą, pesto i pastą z suszonych pomidorów. Oczywiście w zestawie z winem.
Potem na deser paluszki grissini maczane w Nutelli. Mniammmm
Poza tym robiłam ćwiczenia z włoskiego i trochę
zasięgnęłam słońca na balkonie, żeby przygotować się na jutrzejszy mam nadzieję
smażing.
Jedna z moich współlokatorek pożegnała się właśnie
ze mną, Marilena. Wraca już do domu na wakacje. Zobaczymy się dopiero we
wrześniu. Smutno trochę. Zrobi się pusto. Zostaniemy tylko ja i Giulia, a ona i
tak pewnie niedługo się zwinie. Roberty nie poznałam do tej pory. Nie mam
pojęcia co się z nią dzieje, czy tu jeszcze mieszka czy nie, czy wraca czy nie.
Mój brat, który od kilkunastu lat mieszka w USA i
miał się w październiku przeprowadzać do Europy najprawdopodobniej przedłuży
pobyt w Ameryce. Kolejny powód do smutku. Miał przylecieć na początku października
do Rzymu i razem mieliśmy wrócić do domu 4 października. Teraz wiem, że jest to
raczej nierealne.
2 tygodnie praktyk już za mną. 11 to go.
Jutro Passigniano.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz