niedziela, 28 lipca 2013

Day 30 - 27 lipca

Dzisiaj szczególny dzień. Mija bowiem miesiąc odkąd przyleciałam do Italii. Dokładnie miało to miejsce 28 czerwca, więc dziś równo miesiąc stuknął. Na podsumowania przyjdzie czas za dwa miesiące. Na razie fortuna kołem się toczy.

Wczoraj poszłam spać niewiele przez północą. Na koniec dnia gorączkowo szukałam informacji na temat tego, co jest do zobaczenia we Florencji. Pobudka o 4.45. I zrezygnowana ciemną aurą na zewnątrz pogrzebałam plan pojechania pociągiem o 6 rano do Florencji.
Do 5.30 wylegiwałam się w łóżku. Potem kawa i ogarnięcie się. Na stację wpadłam jakieś  15 minut przed odjazdem. Spotkałam kilka dziewczyn z kursu, spytałam czy nie trzeba im pomóc itd. Wczoraj pojechały do Passigniano po tym jak udzieliłam im wszelkich wskazówek.

Pociąg z przesiadką. Mój pierwszy przejazd z przesiadką we Włoszech. Czasu było niewiele na  zmianę pociągu, ale 9 minut okazało się wystarczające na małej stacji Trenotola bodajże.

Ok. 9.30 wylądowałam więc we Florencji. Uderzył mnie od razu przypływ gorąca. Ruszyłam śmiało w stronę miasta poszukując punktu informacji turystycznej w celu otrzymania mapy. Po kilku próbach w końcu udało mi się zdobyć ową mapę i ruszyłam w miasto. Jakieś 10 minut później, lub 5 zdjęć później, zepsuł się mój aparat. Wysiadł zoom. Mam zwykłą cyfrówkę Samsunga kupioną dwa lata temu za nie więcej niż 230 zł. Aparat przetrwał już ze mną całkiem sporo podróży i dłuższych pobytów za granicą. W końcu i na niego przyszedł czas. Próbowałam go naprawić, ale nic nie dało rady. Szukałam sklepów fotograficznych we Florencji, ale bez skutku.

Tak więc po dzisiejszej wycieczce pozostaje niedosyt, brak zdjęć. Tylko w sumie te dwa. 


Miasto bardzo ładne, szczególnie główne zabytki. Pogoda była przesadnie gorąca, do tego miasto wypełnione turystami, głównie Azjatami, więc trochę nie moja bajka. Udało mi się jednak przejść w ok. 8 godzin spokojnie kilkanaście kilometrów.

Byłam dzisiaj w dziwnym nastroju. Kiedy po południu zrobiłam sobie przerwę, aby odsapnąć, naprawdę myślałam, że zemdleję. Zupełnie opadłam z sił. Brak snu, dostatecznej jego ilości w ostatnich dniach i ogólny gorąc dały o sobie znać.

Tak sobie więc spacerowałam z mapą, oglądając wyznaczone miejsca. Niestety, głównej atrakcji Florencji, czyli Galerii Uffizi nie udało mi się odwiedzić. Rano próbowałam kupić bilet online, ale najbliższe dostępne terminy były 31 lipca. Poza tym, wszędzie olbrzymie kolejki do wejścia: galeria, katedra, itp. Zupełnie nie moja bajka.
Miasto na pewno piękne, szczególnie główna katedra, która wygląda jak dla mnie nieco przewrotnie, jakby z zewnątrz opatrzono ją malunkami przeznaczonymi do wewnątrz.

Na obiad zjadłam pizzę z pieczarkami i szynką, „take away”. Zapłaciłam więc mniej, bo nie jadłam w restauracji, ale znalezienie miejsca do siedzenia i konsumpcji nie było łatwe. Najpierw był to chodnik, a potem Piazza della Signorina..

Na pamiątkę po Florencji zostanie mi 5 zdjęć, 4 pocztówki, 2 bilety kolejowe i… 3 książki po włosku oraz słownik. Cały komplet książek kosztował 5,9€. Udało mi się w pasażu podziemnym koło dworca wyczaić coś na kształt antykwariatu i kupiłam trzy „gialli”, czyli kryminały i słownik włosko-włoski.

I gialli, czyli kryminały po włosku, a tłumacząc dosłownie po prostu „żółty kolor” swoją nazwę bierze  z … 

The word "giallo" is Italian for "yellow" and stems from the origin of the genre in Italy as a series of cheap paperback mystery novels which all had trademark yellow covers.

według Wikipedii oraz moich wspomnień z lektoratu włoskiego. I faktycznie, książki kryminalne ukazujące się w tej serii, miały żółte okładki.
Kupiłam więc sobie 3 gialli, w tym jeden jest z 1964 roku, czyli książka ma już 49 lat!!! Na każdej z nich napiszę datę i miejsce zakupu, i w ten  sposób utrwalę sobie chociaż Florencję, w zamian za straconą szansę zrobienia zdjęć.


Padam na twarz. Poszłam na pieszo na stację. 25 minut marszu z górki. Droga powrotna, również „z  buta” zajęła mi jakieś 35-40 minut i była gwoździem do trumny. Teraz umieram. Czas na regenerację. 

Naprawiłam aparat. Jeśli tam można nazwać fakt, że na siłę wyciągam zoom.

Fa caldissimo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz