poniedziałek, 22 lipca 2013

Day 25 - 22 lipca

Oj zmiany na całego dzisiaj. Rano uczelnia wypełniła się studentami. W sumie przyjechało 46 nieboraków, a nie 49. Większość jak udało mi się zorientować z bardzo słabą lub zerową znajomością włoskiego.
Moim pierwszym zadaniem było zajęcie się studentem angielskim, który pojawił się nieco wcześniej. Eliott jak się wkrótce okazało jest minimalnie niepełnosprawny. Ma problem z lewą dłonią, której palce są niemal cały czas zaciśnięte i problem sprawia mu również chodzenie. Jest nieco nieśmiały, ale na szczęście nieco zasymilował się z grupą, ponieważ wszyscy mówili dziś po angielsku między sobą.
Razem z nim poszłam do baru, ponieważ chciał wypić kawę i okazało się też, że nie jadł jeszcze śniadania, więc wybrał sobie cornetto.

Potem pomagałam mu nieco przy rejestracji i o 9 ruszyła machina. Krótkie powitanie i o 10 egzamin wstępny sprawdzający poziom języka.Podczas egzaminu chodziłyśmy i pilnowałyśmy ludzi oraz odbierałyśmy testy. Potem, pomagałyśmy przy koordynacji egzaminu ustnego.  Pozostałe tutorki, czyli 4 dziewczyny, rodowite Włoszki są super sympatyczne i trochę udało nam się porozmawiać.

Potem chwila przerwy i o 13 zaczął się bufet dla wszystkich J Całkiem dobre jedzonko. Oczywiście zanim udało mi się dostać do stołów, część jedzenia już zniknęła, ale nawet te ostatki były super pyszne.
O 14 obwieszczono oficjalnie, kto do jakiej grupy się dostał i każdy otrzymał swój plan zajęć.

Potem, razem z jedną professoressą rozmawiałyśmy z Eliottem na temat jego dojazdów na uczelnię. Okazuje się, że za każdym razem ktoś, jakiś wolontariusz z zewnątrz podejrzewam, musi go przywozić i zawozić na uniwersytet. Było nieco dziwnie, ponieważ professoressa mówiła po włosku a ja tłumaczyłam na angielski, w pewnym momencie zaczęłam wtrącać słowa po polsku. Byłam już naprawdę nieźle zmęczona.
Jakoś udało się ustalić plan na najbliższy tydzień, na razie wstępnie. Okazuje się, że będę się zajmować Eliottem, ponieważ on słabiutko zna włoski, ale mam jak najczęściej używać włoskiego. Angielski tylko w razie konieczności. Podczas pierwszego tygodnia mam mu też towarzyszyć podczas zajęć, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok itd.

Jest też drugi chłopak, mężczyzna w zasadzie, o imieniu coś na kształt Abdul, który też ma się nim nieco zajmować, podejrzewam, że chodzi o czas popołudniami i może też w ciągu dnia. On mówi zaś tylko po włosku i razem mamy się wymieniać opieką nad Eliottem. Ale nie mam pojęcia jaka ma być rola tego jegomościa i jak mamy się dzielić opieką. Wyjdzie w praniu.

Nie jestem jednak pewna, czy Eliott wymaga aż takiej opieki. Na pewno na razie jest mocno zagubiony, przyjechał wczoraj itd. Ale przez pierwszy tydzień wszyscy chcą na niego bardzo uważać, takie odniosłam wrażenie. Poza zajmowaniem się Eliottem mam oczywiście jeszcze inne obowiązki, ale nie wygląda na to, żebym szybko miała wrócić do biura. Hurra

Wróciłam do domu koło 15.30, trochę ogarnęłam podłogę w pokoju, korytarzu i kuchni, bo na szczęście ktoś umył „ubłoconą” wręcz po malowaniu podłogę w łazience. Wczoraj była już w opłakanym stanie. Potem winko na regenerację i sałatka z wczoraj na kolację.

Jutro czeka mnie niemiłosiernie długi dzień. Zaczynam z Eliottem zajęcia o 8 rano. Dojście na drugi kampus zajmie mi spokojnie jakieś 25 minut, więc najdalej 7.20 planuję wyjść, aby tam być, kiedy przyjedzie Eliott.
Najpierw 2 godziny zajęć o kulturze jak się domyślam, czyli Elementi di civilita’, a potem 3 godziny Lingua italiana. Mam co chciałam, będę uczestniczyć w części zajęć, ale Eliott jest niestety w grupie początkującej, więc  trochę będę się nudzić na zajęciach językowych, ale może wręcz przeciwnie – zrobię sobie powtórkę. Mam nadzieję, że będzie szybkie tempo przerabiania materiału. Potem pewnie potowarzyszę Eliottowi podczas obiadu na stołówce, tylko jeszcze nie wiem czy na tamtym kampusie, czy bliżej uczelni, bo lekcje kończą się ok. 13, ale potem o 15.30 zaczyna się zwiedzanie miasta- lekcja w terenie, a spotkanie jest w Budynku Głównym, który od tego kampusu jest oddalony jakieś 10 minut na nogach. Professoressa ma zawieść E. z kampusu do budynku głównego. Muszę z nią ustalić szczegóły na temat obiadu jeśli ją spotkam.
Potem o 15.30 zaczyna się obchód miasta. Tutoruję całej grupie, więc też pewnie coś będę miała do zrobienia. I tak mniej więcej do 18 kiedy ma się skończyć zwiedzanie.

Mam nadzieję, że nie padnę. Ale najgorsze i tak przede mną we środę. Na szczęście lekcje zaczynają się o 9. Na początek 3 godziny ćwiczeń mówienia (hurraaa!!!), potem 2 godziny przerwy i wycieczka do fabryki czekolady. Muszę z dziewczynami dokładnie obgadać jak to ma wyglądać, bo mamy jechać tam  jakimś autobusem i musimy zabrać wcześniej z Budynku Głównego bilety, które trzeba będzie kasować i pieniądze na zakup biletów w fabryce. Na szczęście jedzie ze mną Maria, więc nam nadzieję, ze będziemy jechać tym samym autobusem i ona mi nieco pomoże w kwestiach ogarnięcia tego rabanu, jak również przemiłe porfessoresse.

To tyle więc. Najbliższe dwa dni będą masakryczne. Potem w czwartek powtórka z wtorku jeśli chodzi o lekcje – rano na 8 i 5 bitych godzin. Nieco luźniej na razie wygląda piątek, tylko 2 godziny zajęć z mówienia od 11 do 13. W tym tygodniu jestem zwolniona z siedzenia w Tutor Desk, czyli punkcie, do którego mogą się zwrócić studenci lub nauczyciele w razie potrzeby.
Czas leniuchowania oficjalnie się zakończył. Ten tydzień będzie tragiczny, ale następny już powinien być nieco lżejszy. Ale tu jeszcze 4 dni do przeżycia.


Wkrótce trochę zdjęć z tutoringu, bo zostałyśmy proszone o to, aby robić fotki na pamiątkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz