Ostatni dzień
tygodnia przebiegł bardzo spokojnie. Od 2-3 dni temperatury we Włoszech są
dosyć wysokie. Po czym to poznać? Nawet Włosi narzekają na upały.
Rano
pobudka i uderzający niedosyt snu. Dowlekłam się na 8 na kampus i razem z innymi
dziewczynami zaczęłyśmy rozkładanie stoiska tutor desk.
Generalnie
nic się nie działo. Ok. 9 do Marii zadzwoniła Mila i poprosiła, abyśmy przyszły
do biura się rozliczyć z wczorajszej
wycieczki. Maria poprosiła, żebyśmy wszystko jeszcze raz sprawdziły.
Powiedziała, że wszystko gra.
Wczoraj w
autobusie powrotnym, myślałam, że przeprawiła ona godzinę na jednym z biletów z
14.33 na 17.03 i że wszystko będzie się zgadzać, bo w drodze do fabryki
skasowała 16 biletów i napisała na jednym ręcznie datę i godzinę, bo nie chciał
jej dalej kasować kasownik, czyli w sumie skasowała 17 biletów. Wliczyła w to
również nauczycielkę, za którą ja kasowałam bilet w obie strony, zgodnie z
instrukcjami Mili. Myślałam więc, że ryzykownym ruchem przeprawienia godziny „nadrobi”
stracony bilet, ale w biurze okazało się, że zamalowała dwa skasowania, co ewidentnie
nie „wymazuje” faktu skasowania biletu i wyszło na to, że miała o te dwa
skasowania za dużo. Myślałam, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy w fabryce, nie
wiem czemu po raz kolejny w drodze ponownej skasowała 17 razy. Może było to
przez pomyłkę, na skutek tego, że mnie nie zrozumiała, ale w drodze powrotnej
wydawało mi się, że wszystko będzie ok. Trochę jej się oberwało od Mili. Siedziałyśmy
razem, a ja byłam kolejna do
rozliczenia. Na szczęście u mnie wszystko było w porządku. Może nie
zaplusowałam jakoś u Mili, ale ważne że nie zaliczyłam wtopy. Szkoda Marii, bo
uniwersytet będzie musiał jakoś zaksięgować „utraconą na skutek błędu” równowartość
3 euro. Stres Marii na pewno ma większą wagę.
Dostałam
grafik na przyszły tydzień. W poniedziałek pracuję… 2 godziny po czym od razu
od 17 do 19 idę na lekcję z grupą zaawansowaną, na język ekonomiczno-prawny. W
czwartek wycieczka do Bevagni razem z Marią, ale chyba autokarem, więc
logistycznie o wiele łatwiej będzie to ogarnąć, a w piątek… a w piątek mam
wolne. I jak to się ma do mojej rozmowy z Milą sprzed tygodnia na temat dni
wolnych i kategorycznego NIE jakie usłyszałam? Nie mam pojęcia. Cieszę się, że
uwzględniła w grafiku na przyszły tydzień to, że chcę chodzić na język i chcę
podróżować w weekendy więc wolne popołudnia piątkowe/tudzież cały piątek i
wolny poniedziałek do południa bardzo mnie urządzają.
Po rozliczeniu
wróciłyśmy do biura i razem z 3 innymi dziewczynami siedziałyśmy tam do 13.
Potem zwijanie stoiska. I weekend!!!
Wróciłam do
domu równocześnie z Giulią i jej koleżanką. Wszystkie byłyśmy tak wygłodniałe,
że od razu rzuciłyśmy się do gotowania obiadu. Ja ugotowałam makaron rigatoni,
do tego resztki sosu pomidorowego jaki mi zalegał, mozzarella i starty ser.
Pyszota. Na deser czekoladki, które wczoraj w stanie zupełnego rozpuszczenie
wyjęłam z plecaka po powrocie z fabryki czekolady i krakersy. Nie pisze już o
winie, bo to już raczej u mnie standard popołudniowy. Heheh
Meczę się
niezmiernie w tym upale. Zdołałam jednak posprzątać pokój i umyć łazienkę.
Wyszłam po większe zakupy. Prysznic i powoli trzeba się kłaść spać.
Plan na jutro
– biorę pociąg do Florencji o 6 rano. Toskanio, oto przybywam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz