piątek, 26 lipca 2013

Day 29 - 26 lipca

Ostatni dzień tygodnia przebiegł bardzo spokojnie. Od 2-3 dni temperatury we Włoszech są dosyć wysokie. Po czym to poznać? Nawet Włosi narzekają na upały.

Rano pobudka i uderzający niedosyt snu. Dowlekłam się na 8 na kampus i razem z innymi dziewczynami zaczęłyśmy rozkładanie stoiska tutor desk.

Generalnie nic się nie działo. Ok. 9 do Marii zadzwoniła Mila i poprosiła, abyśmy przyszły do biura się rozliczyć z wczorajszej wycieczki. Maria poprosiła, żebyśmy wszystko jeszcze raz sprawdziły. Powiedziała, że wszystko gra.

Wczoraj w autobusie powrotnym, myślałam, że przeprawiła ona godzinę na jednym z biletów z 14.33 na 17.03 i że wszystko będzie się zgadzać, bo w drodze do fabryki skasowała 16 biletów i napisała na jednym ręcznie datę i godzinę, bo nie chciał jej dalej kasować kasownik, czyli w sumie skasowała 17 biletów. Wliczyła w to również nauczycielkę, za którą ja kasowałam bilet w obie strony, zgodnie z instrukcjami Mili. Myślałam więc, że ryzykownym ruchem przeprawienia godziny „nadrobi” stracony bilet, ale w biurze okazało się, że zamalowała dwa skasowania, co ewidentnie nie „wymazuje” faktu skasowania biletu i wyszło na to, że miała o te dwa skasowania za dużo. Myślałam, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy w fabryce, nie wiem czemu po raz kolejny w drodze ponownej skasowała 17 razy. Może było to przez pomyłkę, na skutek tego, że mnie nie zrozumiała, ale w drodze powrotnej wydawało mi się, że wszystko będzie ok. Trochę jej się oberwało od Mili. Siedziałyśmy razem, a ja byłam  kolejna do rozliczenia. Na szczęście u mnie wszystko było w porządku. Może nie zaplusowałam jakoś u Mili, ale ważne że nie zaliczyłam wtopy. Szkoda Marii, bo uniwersytet będzie musiał jakoś zaksięgować „utraconą na skutek błędu” równowartość 3 euro. Stres Marii na pewno ma większą wagę.

Dostałam grafik na przyszły tydzień. W poniedziałek pracuję… 2 godziny po czym od razu od 17 do 19 idę na lekcję z grupą zaawansowaną, na język ekonomiczno-prawny. W czwartek wycieczka do Bevagni razem z Marią, ale chyba autokarem, więc logistycznie o wiele łatwiej będzie to ogarnąć, a w piątek… a w piątek mam wolne. I jak to się ma do mojej rozmowy z Milą sprzed tygodnia na temat dni wolnych i kategorycznego NIE jakie usłyszałam? Nie mam pojęcia. Cieszę się, że uwzględniła w grafiku na przyszły tydzień to, że chcę chodzić na język i chcę podróżować w weekendy więc wolne popołudnia piątkowe/tudzież cały piątek i wolny poniedziałek do południa bardzo mnie urządzają.

Po rozliczeniu wróciłyśmy do biura i razem z 3 innymi dziewczynami siedziałyśmy tam do 13. Potem zwijanie stoiska. I weekend!!!

Wróciłam do domu równocześnie z Giulią i jej koleżanką. Wszystkie byłyśmy tak wygłodniałe, że od razu rzuciłyśmy się do gotowania obiadu. Ja ugotowałam makaron rigatoni, do tego resztki sosu pomidorowego jaki mi zalegał, mozzarella i starty ser. Pyszota. Na deser czekoladki, które wczoraj w stanie zupełnego rozpuszczenie wyjęłam z plecaka po powrocie z fabryki czekolady i krakersy. Nie pisze już o winie, bo to już raczej u mnie standard popołudniowy. Heheh

Meczę się niezmiernie w tym upale. Zdołałam jednak posprzątać pokój i umyć łazienkę. Wyszłam po większe zakupy. Prysznic i powoli trzeba się kłaść spać.


Plan na jutro – biorę pociąg do Florencji o 6 rano. Toskanio, oto przybywam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz