poniedziałek, 15 lipca 2013

Day 18 - 15 lipca

Kolejny dzionek przeleciał mi przez palce. Dzisiaj budziłam się kilka razy w nocy i nie mogłam zbyt dobrze spać. W pracy był dziś komplet, Mila wróciła do biura po tygodniowym pobycie w Hiszpanii, chyba w sprawach związanych ze współpracą międzynarodową uniwersytetu.

Kolejny dzień byłam ignorowana przez moich współtowarzyszy. Paolo poprosił mnie o przeklepanie kilku rzeczy do Excela, które zajęły mi jakoś czas do 12. Potem kawa z automatu i krótka przerwa. Następnie udawanie i symulowanie pracy przez jeszcze jakiś czas i ok. 13.40 byłam wolna.

Po powrocie do domu od razy wzięłam się za sprzątanie mieszkania. Poświęciłam chyba z godzinę na umycie kuchni, łazienki i pozamiatanie korytarza. W międzyczasie przygotowałam sobie zupę. Podgrzałam gotowy przecier warzywny z kartonu, ugotowałam makaron gwiazdeczki, dołożyłam trochę startego sera i gotowe. Potem wyskoczyłam do sklepu po sucharki i lody J

Całe popołudnie, do mniej więcej 19 czułam się okropnie. Jacyś robotnicy malowali bramy garażowe dokładnie pod moim oknem więc mój pokój wypełnił się smrodem farby. Do tego jeszcze moje cierpienie spowodowane spieczona skórą, i tak oto nie byłam w stanie zrobić nic konstruktywnego.

Wieczorkiem trochę włoski - jakieś lekkie ćwiczonka, krótki Skype z rodzicami. Zaraz obejrzę sobie wiadomości po włosku i spanko.

Od jutra podkręcam wydajność. Dopiłam do końca wino i teraz robię sobie przerwę. Dwa kieliszki dziennie to nie zbrodnia, ale to chyba po winku do obiadu robię się taka leniwa. Ale bardzo lubię ten błogi stan.

Jutro walczę dalej. Tydzień trzeci in corso.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz