Kolejny dzionek przeleciał
mi przez palce. Dzisiaj budziłam się kilka razy w nocy i nie mogłam zbyt dobrze
spać. W pracy był dziś komplet, Mila wróciła do biura po tygodniowym pobycie w
Hiszpanii, chyba w sprawach związanych ze współpracą międzynarodową
uniwersytetu.
Kolejny dzień byłam
ignorowana przez moich współtowarzyszy. Paolo poprosił mnie o przeklepanie
kilku rzeczy do Excela, które zajęły mi jakoś czas do 12. Potem kawa z automatu
i krótka przerwa. Następnie udawanie i symulowanie pracy przez jeszcze jakiś
czas i ok. 13.40 byłam wolna.
Po powrocie do domu od
razy wzięłam się za sprzątanie mieszkania. Poświęciłam chyba z godzinę na
umycie kuchni, łazienki i pozamiatanie korytarza. W międzyczasie przygotowałam
sobie zupę. Podgrzałam gotowy przecier warzywny z kartonu, ugotowałam makaron
gwiazdeczki, dołożyłam trochę startego sera i gotowe. Potem wyskoczyłam do
sklepu po sucharki i lody J
Całe popołudnie, do
mniej więcej 19 czułam się okropnie. Jacyś robotnicy malowali bramy garażowe
dokładnie pod moim oknem więc mój pokój wypełnił się smrodem farby. Do tego
jeszcze moje cierpienie spowodowane spieczona skórą, i tak oto nie byłam w
stanie zrobić nic konstruktywnego.
Wieczorkiem trochę włoski
- jakieś lekkie ćwiczonka, krótki Skype z rodzicami. Zaraz obejrzę sobie
wiadomości po włosku i spanko.
Od jutra podkręcam
wydajność. Dopiłam do końca wino i teraz robię sobie przerwę. Dwa kieliszki
dziennie to nie zbrodnia, ale to chyba po winku do obiadu robię się taka
leniwa. Ale bardzo lubię ten błogi stan.
Jutro walczę dalej.
Tydzień trzeci in
corso.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz