O rany, co to był za
dzień.
Nie czuję się dobrze i
taki stan utrzymuje się już od kilku dni. Także dzisiaj źle spałam, a w pracy doskwierał
mi ból głowy. Dobrze, że miałam ze sobą Apap.
Zaczynając od początku.
W pracy Mila zapytała się mnie, czy mam kartę na stołówkę studencką i gdzie
generalnie jadam obiady. Odpowiedziałam więc, że karty nie mam, a że mieszkam
niedaleko obiady jadam albo w domu, albo po prostu na mieście. Dostałam więc
propozycję wyrobienia sobie takiej karty. Mogłam się udać w tym celu w trakcie
pracy do biura. Problem w tym, że biuro w którym wyrabia się ową kartę jest
zlokalizowane w innym miejscu niż sama stołówka. Najpierw więc pół godziny
szukałam w ukropie stołówki, a jak ją znalazłam okazało się, że nie mogę sobie
wyrobić karty i muszę iść w inne miejsce. Straciłam godzinę. Licząc pod kątem
czasu pracy, zleciała mi jedna godzina J
Kartę wyrobiłam, kosztowała
2€. Teraz mam dostęp do stołówki, gdzie jak się dziś przekonałam pokaźny obiad
kosztuje 4,5€
Tak więc dziś po pracy,
czując się generalnie słabo fizycznie poszłam zrobić użytek z mojej karty.
Zjadłam sobie jakieś tortelli ze szpinakiem, jogurt, chlebek, dwa kawałki mięska
wieprzowego w sosie i do tego zapiekany faszerowany pomidor. Nie brałam już
żadnego owoca. Obiad na wypasie.
Potem ledwo dotoczyłam
się do domu. Było mi strasznie słabo. I tak słabowałam całe popołudnie. Teraz z
powrotem odczuwam ból głowy. Czekam już do weekendu, żeby odżyć może trochę.
Dziś Paolo zapytał się
czy jutro będę po południu. Bo on oczywiście po obiedzie jest sam w biurze.
Krew się we mnie gotowała, ale się zgodziłam.
Dzisiaj odpuściłam film
na uniwersytecie ze względu na samopoczucie, jutro postaram się użyć tego
argumentu jako wymówki, żeby koło 16.30 najpóźniej zmyć się z biura.
Rozmawiałam dziś ze
znajomą. Moi przyjaciele przyjeżdżają już za 2-3 tygodnie do Włoszech i chyba
poproszę o 4 dni wolnego, aby móc z nimi trochę podróżować, a trochę żeby też może samej się gdzieś
wyrwać potem.
Na dokładkę, cale
popołudnie dziś w mieszkaniu była właścicielka. Wyszła 10 minut temu, a dochodzi
już 22. Razem z jakąś znajomą malowały pokój Giulii. Jutro pewnie też wrócą.
Wyszłam więc tylko na chwilkę z pokoju, aby zabrać pranie z łazienki i wyjść do
sklepu po wino i chusteczki higieniczne. Nie, nie opłakuję że już minęło 20 dni
odkąd jestem we Włoszech. Mam tylko nadzieję, że na kolejne 79 dni moje
samopoczucie i jakość snu będą generalnie lepsze niż ostatnio.
Na wadze delikatne
spadki. Wiadomo, staram się nie obżerać, ale przez temperaturę nie mam
najczęściej ochoty jeść. Wystarczy mi do życia woda, wino, sucharki, pesto,
pasta z suszonych pomidorów, oliwki i inne pyszności, np. lody.
Jutro czeka mnie ciężki
dzień. Oj ciężki. Dzisiejszą rocznicę oblałam szklanką białego wina. Udało mi
się upolować jedno z ostatnich win na promocji, w rewelacyjnej cenie 1,49€. O
jakości się nie wypowiadam. Informacja na etykiecie o tym, ze wino zawiera
siarczyny mówi sama za siebie. Z uśmiechem na twarzy zauważam, jak w
błyskawicznym tempie z włoskich supermarketów znikają przecenione wina, których
cena nie przekracza 2-3€. Dla, mnie,
póki wino jest w butelce i ma korek, nawet smak jest do zaakceptowania. I nawet
fakt, ze jest to białe wino, które generalnie w mojej hierarchii preferencji
stoi daleko w tyle za winem czerwonym, następnie różowym, nie stanowił dziś dla
mnie przeszkody.
Prawdziwy powód
celebracji będzie jutro. Kiedy przeżyję pracę. Rano będę chyba tylko z samymi
facetami – Paolo i Filippo. Valentina od wczoraj na urlopie. Mili jutro nie ma. Ratunku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz