I tak właśnie się stało. Nie pomodliłam się wczoraj o to,
żeby ludzie w moim biurze mówili po angielsku, więc nie mówią. Tak, nie żartuję.
Kiedy o 9 wparowałam do biura i zaczęłam się przedstawiać, usłyszałam tylko „Ciao,
ma qui parliamo solo in italiano”, czyli, że tutaj mówimy tylko po włosku.
Trzeba było tam być, żeby zobaczyć moje przerażenie w oczach
hehe. Oczywiście powiedziałam, po włosku, że mój język nie jest zbyt dobry, że uczyłam się go dawno itp. itd.
Na szczęście ludzie, 3 osoby, w biurze wydają się naprawdę
mili. Idę o zakład, ze mówią po angielsku, szczególnie jedna dziewczyna, z
którą wydaje mi się, ze korespondowałam mailowo po angielsku w sprawie moich
praktyk. Jeżeli w ten sposób chcą mnie zmusić do nauki włoskiego, to dobrze im
idzie. Co nie zmienia faktu, ze czuję się jak głąb bo nic nie rozumiem i jest to po prostu krępujące. Dla obu stron.
Do tego
przydzielili mi najwolniejszy komputer na świecie. Jeżeli we Włoszech wszystko
załatwiane jest powoli, to ja mam podejrzenie, że jeśli mają takie komputery,
to jest to wyłącznie za sprawą techniki.
Po chwili zapoznawczej, polecono mi zapoznanie się z kilkoma
informacjami na stronie uczelni odnoście kursów EILCs, przy których organizacji
mam pomagać.
W biurze stawiłam się na 9 rano, a o 11 kazano mi napisać
egzamin sprawdzający mój poziom znajomości języka włoskiego razem z kilkudziesięcioma
innymi osobami, które przyjechały do Perugii, aby zacząć kursy językowe.
Test pisemny był dość trudny. Potem nastąpiła część ustna,
czyli krótka rozmowa z jednym z nauczycieli, który powiedział mi, że poziom
mojej znajomości ocenia na …B2. Hahaha Jeśli ja jestem B2 to czemu nic nie
rozmumiem z tego co do mnie mówią, co? Ostatecznie uzgodniłam z nim, ze jestem
bardziej w okolicach B1.
Kamień spadł mi z serca, bo w wymaganiach na praktyki było
zalecane, aby mój włoski był na min. B1 (ale jak wynikało z mojej korespondencji
z uczelnią, wcale nie musiałam aż tak znać języka). Na wszelki wypadek jednak
mam potwierdzenie, że spełniam ten warunek – jestem min. B1, a że nic nie
rozumiem, to swoją drogą. Heheh
Z wynikiem test poszłam, bo szefowej mojego biura, która
powiedziała mi, że dziś mogę już iść do domu i powiedziała, ze jutro mogę
pzrzyjść między 9 a 9.30.
W domku byłam więc koło 13.30. Akurat trafiłam na najlepsze
momenty meczów tenisowych Polaków. Potem szybka wizyta w punkcie ksero,
supermarketach i końcówka meczu Radwańskiej.
Ok. 20 wzięłam się za przygotowywanie sałatki. Jedna z moich
współlokatorek siedziała w kuchni, więc zamieniłyśmy kilka zdań. Ja nauczyłam
się kilu nowych słów, m.in. il tagliere – deska do krojenia, l’apribottiglie –
otwieracz do butelek itp. Razem z drugą współlokatorką i jej gościem (chyba
chłopakiem) zjedliśmy razem kolację. Oczywiście mój udział w konwersacji był o
tyle o ile. Zadowoliłam się jednak w pełni niedużą ilością czerwonego wina,
które kupiłam w sobotę.
Sałatka z rukoli i szpinaku, z mozarellą, oliwkami,
pomidorami i startym serem. Do tego plaster szynki włoskeij, typowego
prosciutto, i czerwone winko. Jestem w niebie.
Na przegryzkę, ok. 14, czyli tzw. lo spuntino, zjadłam sobie coś na kształt sucharków z pastą z oliwek, pastą z
łososia, pesto, serem i salami mediolańskim. Jedzenie wynagradza mi tutaj całe
stresy związane z barierą komunikacyjną. Na wadze na szczęście spadki.
Jutro piekło. Praca. No dobra, piekiełko. Kolejny dzień, kiedy muszę stawić czoła
sytuacji, w której się znalazłam na własne żądanie. I choć obecnie mam mieszane
uczucia, wiem że pobyt we Włoszech to jest jazda bez trzymanki, z której jeśli
wyjdę obronną ręką, to wiem, ze dam sobie radę w każdej innej sytuacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz