Pobudka była ciężka. Dobrze przesypiam noce, ale jest mi
trochę zimno, bo śpię zaledwie pod narzutą. Właścicielka, która dzisiaj po
południu wpadła po czynsz za lipiec obiecała coś mi skołować. Powiedziała mi,
że nie może zarejestrować w urzędzie naszej umowy wynajmu, bo nie mam
tutejszego numeru podatkowego (il codice fiscale). Muszę się więc po taki udać
do urzędu, mam nadzieję że uda mi się załatwić to w czwartek po południu. Przy
założeniu, że nadal będę pracować te ok. 4 godziny od mniej więcej 9.30 do 13.
Obawiam się jednak, że nie uda mi się tego załatwić, bez
wcześniejszej wizyty w urzędzie gminy (il comune), w celu zdobycia zgody na
pobyt (il permesso di soggiorno) , czyli innymi słowy zarejestrowania się pod
adresem, pod którym obecnie mieszkam. Wertowałam Internet, czy najpierw muszę
zdobyć zgodę na pobyt a potem dopiero mogę się ubiegać o numer podatkowy, ale
nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi. Spróbuję jednak pójść prosto do
fiskusa.
Dzisiejszy dzień był kolejnym dniem walki o przetrwanie.
Poznałam kilka nowych osób w biurze. Godzinę walczyliśmy o to, żeby mój
komputer mógł odpalić plik Excelowski. Konieczny był reset. Dzisiaj więc moim
jedynym zadaniem było wklepywanie informacji z ankiet do arkusza. Nic
skomplikowanego. Na szczęście działał mi Internet i mogłam użyć google translate
w sytuacjach awaryjnych. Ciekawe co wymyślą mi jutro do roboty. Mam tylko
nadzieję, że ten tydzień będzie dla mnie lekki i że tak jak do tej pory będą
mnie wypuszczać po 3-4 godzinach i nie będę musiała wracać do biura popołudniu
na te 2-3 godziny. Sami mówią o tym, że na razie nie ma za wiele do roboty, bo
pierwsza tura kursów językowych zaczyna się od 22 lipca.
Po południu zrobiłam sobie obiadek, czyli ugotowałam kupione
wcześniej tortellini ze szpinakiem i ricottą. Do tego dołożyłam odrobinę pasty
z oliwek, pastę z łososia, pesto, mozarellę. Całość posypałam mieszanką
startych serów. Połączenie smaków fantastyczne. Do tego kieliszek, a raczej "pół
kubka” czerwonego wina.
Na kolację na szczęście nie musiałam się wysilać, bo
zostało mi sporo sałatki z wczoraj. Dołożyłam tylko trochę startego sera i
krakersy i gotowe.
W międzyczasie uczyłam się trochę włoskiego, czyli
wypisywałam wszystkie słówka, które przychodziły mi do głowy, a których nie
znałam.
Mniej więcej ok. 19.45 wybrałam się na godzinny spacer na
miasto na główny plac. Nadal było strasznie gorąco. Usiadłam więc na schodach
katedry i patrzyłam jak toczy się życie. Grupka młodych ludzi świętowała graduację
jednej z dziewczyn, dużo młodych ludzi siedziało i po prostu piło piwa. Moje
zdziwienie przykuł osobnik urody ewidentnie południowej pijący piwo KARPACKIE.
Nie mam pojęcia skąd wytrzasnął on ten „niszową” w Polsce markę piwa, która ze
względu na niewygórowaną cenę nie kojarzy mi się w żaden sposób z dobrem
eksportowym, którym Polska mogłaby się poszczycić.
Teraz więc jeszcze chwila dla włoskiego, kubek wina i spać.
Zdjęcia postaram się wkleić jutro.
Każdy kolejny post na tym blogu, jako świadectwo przetrwania kolejnego dnia, jest krokiem milowym ku mojej świetlanej przyszłości. Nie ma innej opcji. Kroków postawiłam już 5, jeszcze 94, aby osiągnąć cel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz