wtorek, 2 lipca 2013

Day 5 - 2 lipca

Pobudka była ciężka. Dobrze przesypiam noce, ale jest mi trochę zimno, bo śpię zaledwie pod narzutą. Właścicielka, która dzisiaj po południu wpadła po czynsz za lipiec obiecała coś mi skołować. Powiedziała mi, że nie może zarejestrować w urzędzie naszej umowy wynajmu, bo nie mam tutejszego numeru podatkowego (il codice fiscale). Muszę się więc po taki udać do urzędu, mam nadzieję że uda mi się załatwić to w czwartek po południu. Przy założeniu, że nadal będę pracować te ok. 4 godziny od mniej więcej 9.30 do 13.

Obawiam się jednak, że nie uda mi się tego załatwić, bez wcześniejszej wizyty w urzędzie gminy (il comune), w celu zdobycia zgody na pobyt (il permesso di soggiorno) , czyli innymi słowy zarejestrowania się pod adresem, pod którym obecnie mieszkam. Wertowałam Internet, czy najpierw muszę zdobyć zgodę na pobyt a potem dopiero mogę się ubiegać o numer podatkowy, ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi. Spróbuję jednak pójść prosto do fiskusa.

Dzisiejszy dzień był kolejnym dniem walki o przetrwanie. Poznałam kilka nowych osób w biurze. Godzinę walczyliśmy o to, żeby mój komputer mógł odpalić plik Excelowski. Konieczny był reset. Dzisiaj więc moim jedynym zadaniem było wklepywanie informacji z ankiet do arkusza. Nic skomplikowanego. Na szczęście działał mi Internet i mogłam użyć google translate w sytuacjach awaryjnych. Ciekawe co wymyślą mi jutro do roboty. Mam tylko nadzieję, że ten tydzień będzie dla mnie lekki i że tak jak do tej pory będą mnie wypuszczać po 3-4 godzinach i nie będę musiała wracać do biura popołudniu na te 2-3 godziny. Sami mówią o tym, że na razie nie ma za wiele do roboty, bo pierwsza tura kursów językowych zaczyna się od 22 lipca.

Po południu zrobiłam sobie obiadek, czyli ugotowałam kupione wcześniej tortellini ze szpinakiem i ricottą. Do tego dołożyłam odrobinę pasty z oliwek, pastę z łososia, pesto, mozarellę. Całość posypałam mieszanką startych serów. Połączenie smaków fantastyczne. Do tego kieliszek, a raczej "pół kubka” czerwonego wina.
Na kolację na szczęście nie musiałam się wysilać, bo zostało mi sporo sałatki z wczoraj. Dołożyłam tylko trochę startego sera i krakersy i gotowe.


W międzyczasie uczyłam się trochę włoskiego, czyli wypisywałam wszystkie słówka, które przychodziły mi do głowy, a których nie znałam.
Mniej więcej ok. 19.45 wybrałam się na godzinny spacer na miasto na główny plac. Nadal było strasznie gorąco. Usiadłam więc na schodach katedry i patrzyłam jak toczy się życie.  Grupka młodych ludzi świętowała graduację jednej z dziewczyn, dużo młodych ludzi siedziało i po prostu piło piwa. Moje zdziwienie przykuł osobnik urody ewidentnie południowej pijący piwo KARPACKIE. Nie mam pojęcia skąd wytrzasnął on ten „niszową” w Polsce markę piwa, która ze względu na niewygórowaną cenę nie kojarzy mi się w żaden sposób z dobrem eksportowym, którym Polska mogłaby się poszczycić.

Teraz więc jeszcze chwila dla włoskiego, kubek wina i spać. Zdjęcia postaram się wkleić jutro.

Każdy kolejny post na tym blogu, jako świadectwo przetrwania kolejnego dnia,  jest krokiem milowym ku mojej świetlanej przyszłości. Nie ma innej opcji. Kroków postawiłam już 5, jeszcze 94, aby osiągnąć cel.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz