Dzisiejszy dzień nie należał do interesujących. Oczywiście
nie mogłam znaleźć nowego biura i błądziłam w
uniwersyteckich korytarzach, ale na szczęście z pozytywnym skutkiem.
W pracy nudy, kserowanie milion kartek i układanie ich
potem. 3 godziny i po robocie. Poklepanie po plecach – możesz już iść. Bezcenne.
W drodze powrotnej kupiłam w kiosku „La Repubblica”, czyli
jeden z największych włoskich dzienników. Trochę poczytałam i potłumaczyłam
słownictwo.
Oczywiście całe popołudnie zajął mi tenis. Szkoda Janowicza.
Pokazał niezły tenis, ale jego czas jeszcze nadejdzie.
Na couchsurfingu odpowiedziałam na post pewnej Turczynki,
która jest w Perugii na kursie językowym i szuka ludzi chętnych do wyjścia na
kawę itp. Umówiłyśmy się na jutro na 13. Mały krok w zrealizowaniu wczorajszego
postanowienia o poznawaniu nowych ludzi.
O ile powoli zaczynam nie panikować na dźwięk ludzi
mówiących do mnie po włosku, o tyle zaczynam panikować, bo nie mogę zebrać
myśli po angielsku i kiedy próbuje zapytać wujka Google o coś, napotykam na
wysoki mur w mojej głowie.
Czy więc uczę się jednego języka kosztem zapominania
drugiego?
Dzisiaj też stuknął mi tydzień we Włoszech i tydzień w Perugii. Poskramiam potwora powoli.
Fotorelacji z dnia dzisiejszego brak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz