Jak na sobotę,
nastąpiła wczesna pobódka. Pakowanie rzeczy w pośpiechu i o 9 wyszłam już z
domu. Na stację dotarłam ok. pół godziny później. Kasy biletowe zamknięte. Zostało
więc kupienie biletu/ów w maszynie. Przebiegło to raczej bezboleśnie, ale na
przyszłość muszę sobie na to rezerwować dodatkowy czas, bo dłuższą chwilę to
trwa, szczególnie jak jest kolejka.
Pociąg do Passigniano
przyjechał mniej więcej o czasie. Oczywiście wcześniej skasowałam bilet w kasowniku
na stacji, ale okazało się to zupełnie zbędne, bo ani w jedną ani w drugą
stronę nie miałam kontroli. Podróż do Passigniano z Perugii była krótka, ok.
25-30 min.
Pierwsza jazda
pociągiem włoskim należała do bardzo udanych. Wagony są komfortowe i w miarę
czyste. Nie można tego powiedzieć o stacjach, szczególnie tych mniejszych.
Passigniano jest
malutkie i urokliwe. Plaża nad jeziorem jest jednak znikoma i bardziej przypomina
łąkę, bo porośnięta jest trawą. Tylko część „plaży” jest przeorana tak, że
stąpa się po piasku. Woda w Jez. Trazymeńskim średnio czysta, ale jakże ciepła.
Już o 11 miała spokojnie ponad 20 stopni chyba.
Najpierw więc dotarłam
do turystycznej części miasta, usiadłam na ławce i zjadam przygotowaną wcześniej
sałatkę. Potem chciałam dostać się na statek, ale przyszłam jakieś 2 minuty za
późno. W związku z tym, oczekiwanie na kolejny rejs spędziłam na plaży.
Półtorej godziny smażingu i topienia słoniny.
O 13.15 wsiadłam na
statek by po 20 minutach wylądować na Isola Maggiore, czyli na wyspie znajdującej
się na jeziorze. Półtorej godzinny spacer i rejs powrotny do Passigniano. A w
mieście chwila leżenia na trawce, tym razem w cieniu, spacerek i o 17.50 pociąg
powrotny do domu.
Zaliczyłam McDonald’s
po raz pierwszy we Włoszech. Wybrałam to co zawsze, czyli shake czekoladowy,
który był o wiele większy niż ten w Polsce, i smakował też nieco inaczej.
Potem ogarnięcie
autobusu miejskiego. Nie miałam już ochoty na to, aby wdrapywać się do siebie
na wzgórze. Droga na stację była OK, bo z górki, ale po doświadczeniach
traumatycznego powrotu do domu po uzyskaniu codice fiskale, dałam za wygraną.
Spytałam się więc jaki
autobus mam wziąć i kupiłam bilet w biurze tutejszej komunikacji miejskiej,
które znajduje się przed budynkiem dworca.
Tak więc dzisiaj też miałam
okazję po raz pierwszy skorzystać z autobusu w Perugii. Wysiadłam blisko domu.
Potem szybkie zakupy i prysznic w domu. Ok. 21 wyszłam z domu, aby poczuć po
raz ostatni klimat Umbria Jazz Festival. Wracałam jednak szybko do domu
wystraszona pojawiającymi się na niebie błyskawicami. Atmosfera jednak
fantastyczna. Restauracje pełne, ulice pełne. A tłum dopiero się zagęszczał ok.
22 jak wracałam.
A ja teraz cierpię
spalona jak rak. Oby trochę mi zbladła skóra i zbrązowiała. Filtr 15 nie dał
rady. Na zewnątrz nie byłam aż tak długo, ale dekolt, ramiona i przede
wszystkim twarz dają mi się teraz we znaki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz