Zgodnie z planem,
dzisiaj zaliczyłam Asyż.
Zanim to się jednak stało,
wczoraj wieczorem zjawiła się moja współlokatorka nr 3, czyli Roberta. Zapukała,
przedstawiła się, zapytała czy jestem ok z tym, że przez 2-3 dni zatrzymają się
u niej ludzie. Jasne, nie ma sprawy. Moje mieszkanie jest więc pełne ludzi, bo
wydaje mi się, że Roberty jest co najmniej dwójka ludzi, w tym pewnie jej mama,
którą spotkałam rano w kuchni. U Giulii też sypia koleżanka.
Rano prawie zatkałam
zlew w łazience. Tzn., zlew jest nadal zapchany, ale odpływa woda. Jak to
zrobiłam? Mam tutaj dosyć dużą dziurę w umywalce i wpadła mi tam
oczywiście zakrętka od pasty do zębów. Nadal widzę, że tam tkwi, ale na
szczęście woda spływa. Potrzebuję czegoś mniej więcej jak drut do
szydełkowania, żeby to wyciągnąć. Pytanie, skąd wziąć coś takiego.
Następnie udałam się na stację
autobusową. Tam czekała już na mnie Ceren. Napisałam jej, że najprawdopodobniej
wybieram się do Asyżu, podałam szczegóły. Rozmawiałyśmy o wspólnym wyjeździe już
2 tygodnie temu, więc teraz doszedł do skutku.
Kupiłyśmy więc dwa bilety i zaczekałyśmy
chwilę na nasz autobus do Asyżu. Z Perugii to zaledwie jakieś 25-30 km, ale
droga kręta, kilka przystanków więc po ok. godzinie byłyśmy na miejscu. Razem z
nami inni pasażerowie autobusu, w tym grupka Polek z dwójką dzieci.
Zwiedzanie Asyżu zaczęłyśmy od
kierowania się w stronę centrum. Ukształtowanie powierzchni takie jak w Perugii,
czyli cały czas pod górę. Temperatura upalna, więc momentalnie byłyśmy mokre.
Ale pod wpływem pierwszego zachwytu pospacerowałyśmy ok. 1,5 godziny po czym
udałyśmy się do punktu informacji po mapę i znalazłyśmy restaurację. Ja
zamówiłam pizzę, a Ceren caprese. Moja pizza numer 2 we Włoszech, nie była tak dobra jak ta w Perugii. Aczkolwiek miasteczko mimo że malutkie, to o wiele więcej restauracyjek klimatycznych i mimo wszystko więcej uliczek do schodzenia.
Miałyśmy jeszcze 4 godziny do
zabicia więc zdecydowałyśmy się wdrapać na zamek, który za szczególny nie był,
ale widoki z góry, po prostu zapierające dech w piersiach. Następnie przyszedł
czas na bazylikę św. Franciszka, a potem zakup pamiątek i chodzenie po
sklepikach pełnych różnych dupereli związanych z Asyżem, św. Franciszkiem,
Pinokio, papieżami i innymi różnościami.
Ok. 16, czyli godzinę wcześniej
udałyśmy się w okolice przystanku, z którego miałyśmy wziąć autobus do Perugii.
I rozpętała się ulewa. Schowałyśmy się pod wiatą przystanku, aż tu nagle
dołączyło do nas kilkunastu tubylców – dzieci, dorosłych, kobiet, mężczyzn.
Sytuacja była komiczna, gdyż siedziałyśmy na ławce, a obok nas stali ściśnięci
Włosi, żartujący z całej sytuacji. Po chwili, …zaczęli sobie śpiewać. I tak przez
kilka minut. Po ok. pół godzinie nasi towarzysze nas opuścili, bo zelżał nieco
deszcz. Przeczekałyśmy na przystanku ostatnie pół godziny i wsiadłyśmy padnięte
i pełne wrażeń na siedzenia.
Na siedzeniach za mną, usiadły
dwie Polki, które jechały razem z nami z Perugii. Panie, jedna starsza, koło
60. druga młodsza, koło 40. Oczywiście narzekały na polską służbę zdrowia,
druga zdradzała szczegóły porodu kolejnego dziecka, które zdecydowała się
urodzić w prywatnej klinice, po rzeźni jaką przeżyła przy pierwszym porodzie
jak lekarz wyciskał z niej dziecko. Nie skomentuję tego faktu. Wszystko mówi
samo za siebie. Oczywiście panie obgadywały podróżującą z nimi koleżankę, która
siedziała nieco dalej. Poszło o to, że kupiła ona coś co podobało się
jednej z nich, tuż po tym jak ona to
odłożyła na półkę, ale potem zdecydowała, że jednak to chce. Drugim zarzutem było
to, że owa pani nie wiedziała co to jest sepia. Dla pań sepia to oczywiście
kolor i były zdziwione jak tamta mogła tego nie wiedzieć. O ile ja się
orientuję, a potwierdza mnie w tym wikipedia, sepia to efekt i technika
najczęściej wykorzystywana w fotografii. Nie ma koloru sepia, ale jest efekt sepii. Nie jestem artystą, więc
może ja się mylę. Jestem jednak w 1000% pewna, że nie chciałabym podróżować z
tymi paniami, jako moimi znajomymi.
Po powrocie do domu zbawienny
prysznic. Odkrycie, ze schodzi mi teraz skóra z łopatek – bezcenne.
Jutro niedziela. Oczywiście
kościół. Tym razem chyba wybiorę się do katedry, chociaż bardzo lubię ten
kościół do którego chodziłam wcześniej. Pod domem w zasadzie też mam kościół,
ale nie zorientowałam się w harmonogramie mszy. Resztę dnia poświęcę na włoski
i pisanie listu motywacyjnego do ONZ. Kilka fotek z Asyżu.
Żegnaj dniu numer 23. Wczoraj była pierwsza
rocznica obrony mojej pracy licencjackiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz