sobota, 20 lipca 2013

Day 23 - 20 lipca

Zgodnie z planem, dzisiaj zaliczyłam Asyż.

Zanim to się jednak stało, wczoraj wieczorem zjawiła się moja współlokatorka nr 3, czyli Roberta. Zapukała, przedstawiła się, zapytała czy jestem ok z tym, że przez 2-3 dni zatrzymają się u niej ludzie. Jasne, nie ma sprawy. Moje mieszkanie jest więc pełne ludzi, bo wydaje mi się, że Roberty jest co najmniej dwójka ludzi, w tym pewnie jej mama, którą spotkałam rano w kuchni. U Giulii też sypia koleżanka.

Rano prawie zatkałam zlew w łazience. Tzn., zlew jest nadal zapchany, ale odpływa woda. Jak to zrobiłam? Mam tutaj dosyć dużą dziurę w umywalce i wpadła mi tam oczywiście zakrętka od pasty do zębów. Nadal widzę, że tam tkwi, ale na szczęście woda spływa. Potrzebuję czegoś mniej więcej jak drut do szydełkowania, żeby to wyciągnąć. Pytanie, skąd wziąć coś takiego.

Następnie udałam się na stację autobusową. Tam czekała już na mnie Ceren. Napisałam jej, że najprawdopodobniej wybieram się do Asyżu, podałam szczegóły. Rozmawiałyśmy o wspólnym wyjeździe już 2 tygodnie temu, więc teraz doszedł do skutku.

Kupiłyśmy więc dwa bilety i zaczekałyśmy chwilę na nasz autobus do Asyżu. Z Perugii to zaledwie jakieś 25-30 km, ale droga kręta, kilka przystanków więc po ok. godzinie byłyśmy na miejscu. Razem z nami inni pasażerowie autobusu, w tym grupka Polek z dwójką dzieci.

Zwiedzanie Asyżu zaczęłyśmy od kierowania się w stronę centrum. Ukształtowanie powierzchni takie jak w Perugii, czyli cały czas pod górę. Temperatura upalna, więc momentalnie byłyśmy mokre. Ale pod wpływem pierwszego zachwytu pospacerowałyśmy ok. 1,5 godziny po czym udałyśmy się do punktu informacji po mapę i znalazłyśmy restaurację. Ja zamówiłam pizzę, a Ceren caprese. Moja pizza numer 2 we Włoszech, nie była tak dobra jak ta w Perugii. Aczkolwiek miasteczko mimo że malutkie,  to o wiele więcej restauracyjek klimatycznych i mimo wszystko więcej uliczek do schodzenia.

Miałyśmy jeszcze 4 godziny do zabicia więc zdecydowałyśmy się wdrapać na zamek, który za szczególny nie był, ale widoki z góry, po prostu zapierające dech w piersiach. Następnie przyszedł czas na bazylikę św. Franciszka, a potem zakup pamiątek i chodzenie po sklepikach pełnych różnych dupereli związanych z Asyżem, św. Franciszkiem, Pinokio, papieżami i innymi różnościami.

Ok. 16, czyli godzinę wcześniej udałyśmy się w okolice przystanku, z którego miałyśmy wziąć autobus do Perugii. I rozpętała się ulewa. Schowałyśmy się pod wiatą przystanku, aż tu nagle dołączyło do nas kilkunastu tubylców – dzieci, dorosłych, kobiet, mężczyzn. Sytuacja była komiczna, gdyż siedziałyśmy na ławce, a obok nas stali ściśnięci Włosi, żartujący z całej sytuacji. Po chwili, …zaczęli sobie śpiewać. I tak przez kilka minut. Po ok. pół godzinie nasi towarzysze nas opuścili, bo zelżał nieco deszcz. Przeczekałyśmy na przystanku ostatnie pół godziny i wsiadłyśmy padnięte i pełne wrażeń na siedzenia.

Na siedzeniach za mną, usiadły dwie Polki, które jechały razem z nami z Perugii. Panie, jedna starsza, koło 60. druga młodsza, koło 40. Oczywiście narzekały na polską służbę zdrowia, druga zdradzała szczegóły porodu kolejnego dziecka, które zdecydowała się urodzić w prywatnej klinice, po rzeźni jaką przeżyła przy pierwszym porodzie jak lekarz wyciskał z niej dziecko. Nie skomentuję tego faktu. Wszystko mówi samo za siebie. Oczywiście panie obgadywały podróżującą z nimi koleżankę, która siedziała nieco dalej. Poszło o to, że kupiła ona coś co podobało się jednej  z nich, tuż po tym jak ona to odłożyła na półkę, ale potem zdecydowała, że jednak to chce. Drugim zarzutem było to, że owa pani nie wiedziała co to jest sepia. Dla pań sepia to oczywiście kolor i były zdziwione jak tamta mogła tego nie wiedzieć. O ile ja się orientuję, a potwierdza mnie w tym wikipedia, sepia to efekt i technika najczęściej wykorzystywana w fotografii. Nie ma koloru sepia, ale  jest efekt sepii. Nie jestem artystą, więc może ja się mylę. Jestem jednak w 1000% pewna, że nie chciałabym podróżować z tymi paniami, jako moimi znajomymi.

Po powrocie do domu zbawienny prysznic. Odkrycie, ze schodzi mi teraz skóra z łopatek – bezcenne.
Jutro niedziela. Oczywiście kościół. Tym razem chyba wybiorę się do katedry, chociaż bardzo lubię ten kościół do którego chodziłam wcześniej. Pod domem w zasadzie też mam kościół, ale nie zorientowałam się w harmonogramie mszy. Resztę dnia poświęcę na włoski i pisanie listu motywacyjnego do ONZ. Kilka fotek z Asyżu.


 Żegnaj dniu numer 23. Wczoraj była pierwsza rocznica obrony mojej pracy licencjackiej.

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz