wtorek, 9 lipca 2013

Day 12 - 9 lipca

Dzisiaj drugi dzień z rzędu zmagałam się na praktykach z dokumentami dla studentów z Turcji, którzy  potrzebują wizy, aby wjechać do Włoszech. Trochę zabawy jest z kopiuj-wklej, bo głównie tak to wygląda. Gotowy formularz i uzupełnianie o dane osobowe listów akceptacyjnych i maili z prośbą o przyznanie danemu studentowi lub studentce wizy.

Ok. 14 kiedy wszyscy zbierali się na obiad, ja również zabrałam torebkę i po krótkiej rozmowie z Valentiną i Filippo okazało się, ze nie muszę wracać po południu. J

Od kilku dni chodziły za mną naleśniki. W drodze powrotnej do domu chciałam wstąpić do sklepu po mąkę, mleko itp. Zonk. Było po 14, więc musiałam w domu potulnie poczekać do 16, aby supermarkety się na nowo otworzyły.

Po zakupach szybko wzięłam się do roboty. Początki nie były łatwe, ale jakoś poszło. Na jutro zostało mi jeszcze 7 sztuk, więc obiad mam z głowy.

Jako nadzienie wybrałam tradycyjnie mój ulubiony dżem wiśniowy, który tutaj ma zupełnie inny smak. Zaskoczył mnie na półce jednak widok dżemu z kasztanów. Przez chwilę rozważałam zakup, ale ostatecznie kolor nie przekonał mnie. W zamian za to, w moim koszyku wylądował mały słoik Nutelli. Nutella jest oryginalnie chyba właśnie z Włoszech, uznajmy więc, że w jakimś stopniu mój dzisiejszy obiad był przejawem kuchni fusion.

Po godzinie stania na gorącą patelnią i smażenia się przy uwalniającym się cieple, pragnienie doskonale ugasiłam zimnym piwkiem.

Potem powtarzanie słownictwa, krótki Skype z mamą i rozmowa ze znajomymi na FB.
I kolejny dzień zleciał. Jutro już środa, a po środzie to już z górki do weekendu.

Dzisiaj zrobiłam na szybko listę miejsc, które bym chciała odwiedzić. Mam nadzieję, że chociaż z połowę uda mi się faktycznie zobaczyć.

Jutro planuję popołudnie poza domem. Najpierw, jeśli nie będę potrzebna w biurze po południu, wybieram się na 17 na pokaz włoskiego filmy u mnie na uniwersytecie, ale w innym budynku niż ten, w którym pracuję. Jeśli się nie zgubię i inne czynniki też dopiszą, to mama nadzieję dotrzeć tam na czas. Potem mam ochotę poszwędać się po mieście i wypić w końcu jakiś alkohol na słynnych schodach w centrum.

Acha. Dzisiaj ni stąd ni z owąd miałam możliwość wykazania się w pracy moją znajomością języka polskiego. Poproszono mnie o wykonanie telefonu w sprawie jednego ze studentów, który odbył właśnie Erasmusa na Uniwerku Warszawskim. Sprawy niestety, a w zasadzie problemu tego chłopaka nie udało się rozwiązać, nie wiem czy ze względu na faktyczną niemożliwość, czy po prostu Pani z UW jako  że rozmawiałyśmy po polsku była  w sposób bardzo elokwentny i wygadany w stanie podać niezliczone argumenty przeciw załatwieniu sprawy po mojej myśli. I pozostaje pytanie, czy gdyby rozmowa przebiegła w innym języku, ta Pani byłaby bardziej skora do współpracy czy też nie? Zastanawialiśmy się przez chwilę nad tym w biurze. I tak Valentina napisze oficjalnego maila, ale wątpię żeby coś wskórała. Chłopak prawdopodobnie będzie musiał zwrócić grant jaki otrzymał za jeden dodatkowy miesiąc, bo UW nie chce mu zmienić daty z 18 lutego na 14 lutego. UW ani nie jest jednostką wypłacającą środki, ani rozliczającą tego studenta. Upierają się, żeby jako datę rozpoczęcia stypendium podać datę rozpoczęcia semestru a nie autentyczny przyjazd studenta do Warszawy. Po części mają rację, ale to stawia chłopaka w nieciekawej sytuacji.  Problem z cyklu serce i zdrowy rozsądek a przepisy.

Na myśl wracają mi moje praktyki w konsulacie RP w Chicago, gdzie takich przypadków jednostkowych i skomplikowanych było mnóstwo, oczywiście o innej naturze, ale obrazujących to samo: brak elastyczności w prawie/regulaminach, które można by w uzasadnionych logiką przypadkach wykorzystać na korzyść człowieka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz