Dzisiaj drugi dzień z rzędu zmagałam się na praktykach z dokumentami
dla studentów z Turcji, którzy potrzebują
wizy, aby wjechać do Włoszech. Trochę zabawy jest z kopiuj-wklej, bo głównie tak
to wygląda. Gotowy formularz i uzupełnianie o dane osobowe listów
akceptacyjnych i maili z prośbą o przyznanie danemu studentowi lub studentce wizy.
Ok. 14 kiedy wszyscy zbierali się na obiad, ja również zabrałam
torebkę i po krótkiej rozmowie z Valentiną i Filippo okazało się, ze nie muszę
wracać po południu. J
Od kilku dni chodziły za mną naleśniki. W drodze powrotnej
do domu chciałam wstąpić do sklepu po mąkę, mleko itp. Zonk. Było po 14, więc
musiałam w domu potulnie poczekać do 16, aby supermarkety się na nowo
otworzyły.
Po zakupach szybko wzięłam się do roboty. Początki nie były
łatwe, ale jakoś poszło. Na jutro zostało mi jeszcze 7 sztuk, więc obiad mam z
głowy.
Jako nadzienie wybrałam tradycyjnie mój ulubiony dżem
wiśniowy, który tutaj ma zupełnie inny smak. Zaskoczył mnie na półce jednak
widok dżemu z kasztanów. Przez chwilę rozważałam zakup, ale ostatecznie kolor
nie przekonał mnie. W zamian za to, w moim koszyku wylądował mały słoik
Nutelli. Nutella jest oryginalnie chyba właśnie z Włoszech, uznajmy więc, że w
jakimś stopniu mój dzisiejszy obiad był przejawem kuchni fusion.
Po godzinie stania na gorącą patelnią i smażenia się przy uwalniającym
się cieple, pragnienie doskonale ugasiłam zimnym piwkiem.
Potem powtarzanie słownictwa, krótki Skype z mamą i rozmowa
ze znajomymi na FB.
I kolejny dzień zleciał. Jutro już środa, a po środzie to
już z górki do weekendu.
Dzisiaj zrobiłam na szybko listę miejsc, które bym chciała odwiedzić.
Mam nadzieję, że chociaż z połowę uda mi się faktycznie zobaczyć.
Jutro planuję popołudnie poza domem. Najpierw, jeśli nie
będę potrzebna w biurze po południu, wybieram się na 17 na pokaz włoskiego
filmy u mnie na uniwersytecie, ale w innym budynku niż ten, w którym pracuję. Jeśli
się nie zgubię i inne czynniki też dopiszą, to mama nadzieję dotrzeć tam na
czas. Potem mam ochotę poszwędać się po mieście i wypić w końcu jakiś alkohol
na słynnych schodach w centrum.
Acha. Dzisiaj ni stąd ni z owąd miałam możliwość wykazania
się w pracy moją znajomością języka polskiego. Poproszono mnie o wykonanie
telefonu w sprawie jednego ze studentów, który odbył właśnie Erasmusa na
Uniwerku Warszawskim. Sprawy niestety, a w zasadzie problemu tego chłopaka nie udało
się rozwiązać, nie wiem czy ze względu na faktyczną niemożliwość, czy po prostu
Pani z UW jako że rozmawiałyśmy po
polsku była w sposób bardzo elokwentny i
wygadany w stanie podać niezliczone argumenty przeciw załatwieniu sprawy po
mojej myśli. I pozostaje pytanie, czy gdyby rozmowa przebiegła w innym języku,
ta Pani byłaby bardziej skora do współpracy czy też nie? Zastanawialiśmy się
przez chwilę nad tym w biurze. I tak Valentina napisze oficjalnego maila, ale
wątpię żeby coś wskórała. Chłopak prawdopodobnie będzie musiał zwrócić grant
jaki otrzymał za jeden dodatkowy miesiąc, bo UW nie chce mu zmienić daty z 18
lutego na 14 lutego. UW ani nie jest jednostką wypłacającą środki, ani rozliczającą
tego studenta. Upierają się, żeby jako datę rozpoczęcia stypendium podać datę
rozpoczęcia semestru a nie autentyczny przyjazd studenta do Warszawy. Po części
mają rację, ale to stawia chłopaka w nieciekawej sytuacji. Problem z cyklu serce i zdrowy rozsądek a
przepisy.
Na myśl wracają mi moje praktyki w konsulacie RP w Chicago,
gdzie takich przypadków jednostkowych i skomplikowanych było mnóstwo,
oczywiście o innej naturze, ale obrazujących to samo: brak elastyczności w
prawie/regulaminach, które można by w uzasadnionych logiką przypadkach
wykorzystać na korzyść człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz