Okrągła rocznica mojego pobytu we Włoszech. 10 dni. Czyli
już niewiele ponad 10% pobytu za mną. Z jednej strony to dobrze, z drugiej to
źle. Mieszane uczucia nadal kłębią się wewnątrz mnie.
Wczoraj wieczorem jeszcze raz spotkałam się z Ceren.
Pospacerowałyśmy po centrum trochę i poszłyśmy napić się czegoś. Poprosiłam barmankę
o rekomendację jakiegoś włoskiego piwa. Ona zapytała czy za dodatkową opłatą 50
centów lub 1 euro nie chcemy skorzystać z aperitivo.
Tak, to było to. Moje pierwsze aperitivo we Włoszech!
Mogłyśmy do woli częstować się wyłożonymi na barze kawałeczkami pizzy, typowego
chleba z okolic Perugii ze szpinakiem i moją ukochaną surową szynką oraz innymi
zakąskami. Za 3,5€ wypiłam więc i zjadłam, że tak powiem kolację.
Dzień dzisiejszy zaczął się od wymuszonej pobudki. Udałam
się do kościoła na 10.30. Razem z aż ok. 20! wiernymi uczestniczyłam we Mszy
Św. Jeśli frekwencja w kościołach włoskich jest taka jak w tym kościele, to
jest to kościół naprawdę ubogi w porównaniu z warunkami polskimi.
Potem była prawie godzinna rozmowa z rodzicami na Skypie. A
potem, jak się można domyślać… włoski. Dziś na tapecie miałam powtarzanie
wynotowanego w tym tygodniu słownictwa, a jest już tego trochę, plus wzięłam się
za gramatykę – stopniowanie przymiotników i przysłówków. Coś prostego dla
przypomnienia na dobry początek.
Szybki prysznic i o 19.20 znowu spotkanie z Ceren. Dzisiaj
miasto nie było jak tak zatłoczone jak
wczoraj, było też nieco ciszej. Jutro chyba jednak sama wybiorę się wieczorem
pospacerować i posłuchać ulicznych grajków. W swoim własnym tempie, tak jak
będę chciała. Indywidualnie podelektować się Umbria Jazz Festival.
Wybrałyśmy się na kolejne aperitivo dziś. Tym razem do baru
położonego w najbardziej malowniczym puncie miasta, z którego roztacza się
widok na Umbrię. W oddali widać malutki Asyż i zielone wzniesienia. Coś
pięknego. Już na samym początku zagadał do nas jeden chłopak podejrzewając nas
o to, ze jesteśmy Australijkami, ze względu na to , że rozmawiamy po angielsku.
James, jest też nowy w mieście, ze stażem jeszcze krótszym niż nasz, bo
przyjechał wczoraj. Był w barze ze swoimi współlokatorami, ale raczej nie
zwracał na nich uwagi, tak jak i oni na niego. Porozmawialiśmy chwilę,
wypiliśmy drinki, zjedliśmy jedzonko i poszliśmy na lody. Ja spasowałam, bo
czułam jeszcze mój obiad, a aperitivo dopchało mnie zupełnie.
Ok. 21.20 zmyłam się pod pretekstem masy rzeczy do zrobienia
przed poniedziałkiem. Generalnie więc weekend udany. Zaliczyłam aperitivo,
nawet dwa razy . Poznałam nową osobę, nawet dwie. Miałam wolne, nawet dwa dni
heheh
A tak oto wyglądała moja pierwsza pasta :)
Wyglądała niestety lepiej niż smakowała, głównie za sprawą tego, że do sosu dorzuciłam nieco salami, które od kilku dni zalegało mi w lodówce. Nie znoszę wyrzucać jedzenia i nigdy tego nie robię. Wolę odchorować niż wyrzucić jedzenie. Taka już jestem.
A teraz padam z nóg. Jutro poniedziałek. Rozpoczynamy walkę
o przetrwanie na nowo. Warto jednak dobrze się wyspać i mieć nadzieję, że jutro
również uda mi się w miarę wcześnie skończyć.
Chyba podjęłam decyzję: w następny weekend Siena. Miałam tam
jechać na słynne palio, czyli wyścigi konne w historycznym centrum miasta,
które odbywają się w tym roku 2 lipca, a więc już miały miejsce, i 16 sierpnia.
Boję się jednak tłumów i wiem, że bardziej by mnie to zmęczyło niż być może
zachwyciło. Tak więc teraz zostaje mi doprecyzować czy Siena na jeden czy na
dwa dni. Jeśli nocleg to czy couchsurfing, po raz pierwszy sama, bez koleżanki,
czy hostel oraz środek lokomocji. Za dwa tygodnie chyba Asyż z Ceran jeśli nic
nie ulegnie zmianie i może jeszcze jakieś jedno miasteczko w Umbrii.
Tymczasem chciałabym zatrzymać czas...niech poniedziałek się nie zaczyna za 1h 20 min...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz